DSC029711
Edukację zacząłem od 1 września 1945 r. i przez 6 lat chodziłem do Szkoły Podstawowej w Borowej, gm. Góry Mokre, pow. Końskie.

„ Szkoło, szkoło, gdy cię wspominam,
Tęsknota w serce mi się wgryza,
Oczy mam pełne łez…”
                          Julian Tuwim

Nie mógłbym  bez oporu podpisać się pod tekstem poety. Edukację zacząłem od 1 września 1945 r. i przez 6 lat chodziłem do Szkoły Podstawowej w Borowej, gm. Góry Mokre, pow. Końskie. Szkoła była bowiem dla mnie wielkim stresem i dość częstymi wpadkami, które owocowały różnorodnymi kłopotami. A wszystko zaczęło się już na początku nauki w I klasie, kiedy na matematyce uczyliśmy się pisać liczby 7. Miałem kłopoty z odwzorowaniem siódemki ze względu na nierówność mojej kartki, która zginała się w miejscu, gdzie miała być pożądana liczba. Nauczyciel – Henryk Zaremba – próbował mi pomóc. Wziął zeszyt do ręki i ze zgrozą zauważył w nim laski prochu armatniego. Zażądał teczki, której nie miałem, gdyż 2 zeszyty i ołówek nosiłem, ze względów oszczędnościowych, w tornistrze kuzyna – Bońka. Wtedy przetrząsnął teczkę Bońka, w której cale dno pokryte było prochem armatnim. Zabrał ostrożnie tornister i zaniósł do woźnego. Po powrocie nastąpiła szczegółowa rewizja zawartości wszystkich teczek w klasie. Okazało się, że oprócz Bońka proch armatni w kształcie długich, żółtych lasek, przypominających nitki makaronu, miał także Franek od Sztanderów, a Wacek Wilk miał w tornistrze osiem łusek od naboi pistoletowych.[1] Feralna siódemka sprowadziła na nas surową karę. Rozkazał, abym poszedł na podwórko woźnego  i przyniósł porządny kij. I tak też uczyniłem. Następnie po kolei kładliśmy głowę na siedzeniu krzesła i wypinając tyłki otrzymywaliśmy solidne cięgi, po siedem uderzeń każdy. Później była długa pouczająca pogadanka na temat poruszanie się  w terenie, tylko po oficjalnych drogach i zakaz wchodzenia na pola,  które nie było do końca rozminowane, a także i  zakaz wchodzenia na obrzeża lasu, gdzie znajdowały się zniszczone stanowiska artyleryjskie. Nie przyznałem się rodzicom, że dostałem lanie w szkole. Nie wiem, czy nauczyciel, który znał mojego ojca,  powiedział mu o tym, ale w domu  nie ubolewano nad tym faktem. Wkrótce ojciec kupił mi tornister i nie musiałem być na łasce kuzyna – Bońka.

W drugiej klasie też uczestniczyłem w zdarzeniu, które pamiętam do dzisiaj. Religii uczyła nas kierowniczka szkoły –  Irena Polaczek. Zajęcia, w okresie wakacji, odbywały się u niej, w drewnianym ganku, stanowiącym przybudówkę do starego modrzewiowego dworku, pamiętającego czasy potopu szwedzkiego.. Wyraźnie spóźniony jechałem dość szybko w kierunku miejsca nauczania. Kiedy znalazłem się na ścieżce, osłoniętej od północy krzewami głogu, wyszła zza nich  jak spod ziemi i  stanęła naprzeciwko mnie kol. ze starszej klasy – Marysia Malczak i w ostatnim momencie próbowała zejść mi  z drogi, skręcając w lewo, ja zaś na prawo i wtedy uderzyłem w nią z całym impetem. Padliśmy na ziemię. Mnie nic się nie stało, ale jej spódnica ucierpiała – została przedarta od dołu, w sposób dość widoczny. Marysia pobiegła z płaczem do p. Polaczek, która zaraz po rozpoczęciu zajęć wywołała mnie na środek i demonstracyjnie ukarała – uderzając szeroką linią po dłoni. Ale jej razy, ze względu na wiek i siłę stonowaną przekonaniem o moim nieumyślnym uderzeniu, nie zrobiły mi wielkiej krzywdy. Ale wstydu najadłem się co nie miara.

Gdy byłem w czwartej klasie nauczycielki, w ramach święta sportu, pod koniec czerwca, urządziły chłopcom bieg na dystansie około 2 km, po drodze szutrowej, od skrzyżowania dróg k. Hajduka do szkoły, a dokładniej do domu p. Polaczków. Bez wcześniejszego przygotowania i bez sportowej odzieży, w takim stroju w jakim przyszliśmy do szkoły, ruszyliśmy ławą do wyznaczonej mety. Zająłem pozycję z boku, gdzie grunt był miękki i lżej się biegło. Ale ubiegłem może 40, a może 50 m, gdy dopadł mnie pies,  który wydostał się z ogrodzenia gospodarza i ruszył za nami. Ja byłem najbliżej i złapał mnie za nogawkę tak mocno, że mimo kilku odkopnięć, szarpiąc w lewo, w  prawo i w dół  nie puszczał, ale puściły szwy i nogawka się rozpruła do wysokości kolana (spodnia nosiłem po starszym bracie Mietku). O dalszym biegu nie było mowy. Podwinąłem prawą nogawkę, bo o nią chodziło, powyżej kolana i zestresowany udałem się do domu. Mój wygląd mógł wydawać się bardzo dziwny, jeśli dodamy do tego trzewiki, sięgające powyżej kostek, sznurowane i czapkę z daszkiem, którą nosiło się u nas na Kielecczyźnie w każdy dzień, a więc „świątek, piątek”. Aby nie wzbudzać sensacji wśród przypadkowo spotkanych osób, wybrałem polną drogę powrotu, po której  poruszano się jedynie  w sytuacjach wyjątkowych.   Ale zamiast do domu poszedłem do babci Katarzyny, która była szanowaną we wsi krawcową. Ona szybko zeszyła nogawkę i asekuracyjnie także przeszyła drugą, ale zaleciła bym prosił ojca o kupno nowych spodni. 

Na lekcje jęz. rosyjskiego od kl. V chodziliśmy do domu p. kierownik, która, rodem spod Lwowa, doskonale władała językiem rosyjskim. Była żoną podupadłego szlachcica Polaczka, którego życie po II wojnie światowej mocno się skomplikowało. Dworek nadgryziony już zębem czasu, pamiętający czasy potopu szwedzkiego, należało zburzyć i wybudować nowy, ale na to nie było pieniędzy. Szlachectwo pozostało jednak w modzie i stylu życia, ale dochody skurczyły się bardzo.  Żona, jako kier. szkoły zarabiała niewiele, a rynki zbytu na owoce i ryby skurczyły się niemal do zera, gdyż ich główni odbiorcy – Żydzi z pobliskiego Przedborza –  zostali wymordowani.  Dwie córki uczyły się jeszcze w szkole średniej, a  starszy od nich syn studiował i to zmuszało rodziców do dodatkowych wydatków. Atmosfera w rodzinie była więc napięta i dlatego łatwo było podpaść. Modrzewiowy dworek, chylący się do upadku, miał na zapleczu klozet na użytek rodziny, ale  nie miał szaletu, z którego mogłyby korzystać szkolne dzieci. A nie godziło się, w owym czasie, aby dzieci wiejskie korzystały z tego samego przybytku ulgi, co potomkowie dawnej szlachty. Dlatego podstarzały mąż kierowniczki, który zachował więcej werwy życiowej niż jego schorowana żona, zamówił u stolarza drewnianą sławojkę, o jednym tylko oczku. Pewnego dnia stanęła nieopodal domu na prowizorycznym podkładzie. Wybiegliśmy na przerwę i chłopcy oglądali z zaciekawieniem  nowoustawioną wygódkę. Któryś z nich  ją poruszył, a może nawet i popchnął, dlatego się przewróciła w momencie, gdy próbowała do niej wejść jedna z uczennic. Zrobiło się wielkie zamieszanie, a następnie szukanie winnych wysoce nagannego czynu. Mąż kierowniczki, który wyręczał żonę w karaniu winowajców, wyszukał siedmiu podejrzanych, wśród których znalazłem się także i ja, gdyż byłem zbyt blisko całego zdarzenia. Rozkazał, abyśmy położyli się na trawie obok ścieżki, twarzą do ziemi. Podwinął rękawy, zatarł dłonie, naprężył muskuły i zaczął z wielką werwą uderzać otwartą dłonią w tyłek pierwszego z brzegu. Ale przeliczył się z siłami, gdyż wymierzanie razów zakończył na drugim koledze, a reszcie kazał powstać i iść za nim. Przeszliśmy przez izbę lekcyjną i zatrzymaliśmy się w pomieszczeniu, w którym była biblioteka. Stanęliśmy gęsiego  w oczekiwaniu na dalszy bieg zdarzeń, naładowani strachem od stóp do głów. Dłuższą chwilę nic się nie działo, no może jedynie to, że powietrze wyraźnie traciło świeżość i zaczęliśmy nerwowo pociągać nosem. Ale oto wyszedł z kuchni p. Kazimierz, bo tak miał na imię mąż kierowniczki, niosąc w ręku szeroki długi pas, bo własnym nie mógł się posłużyć, gdyż spodnie nosił na szelkach. Najpierw otworzył szeroko okno, pociągnął kilka łyków świeżego powietrza i zaczął  czynić swą powinność, a właściwie realizować  polecenie żony. Dostaliśmy po pięć pasów każdy, ale ze względu na szerokość pasa ból rozłożył  się na większej przestrzeni i wyszliśmy zadowoleni, że nie było aż tak źle, jak początkowo przypuszczaliśmy. Jedynie Heniek, którego uważaliśmy za przywódcę naszej grupy, nie poszedł z nami na lekcje, a pobiegł, nie zważając na okoliczności, do pańskiego klozetu i dłuższy czas tam przebywał. A kiedy wrócił był wyraźnie wylękniony i nie siadł na swoim miejscu, a w ostatniej oślej ławce, która w tym czasie była już wolna, bo jej stali bywalcy sprzątali szlacheckie podwórko.

W „kozie” siedziałem tylko raz, a to było w klasie szóstej. Nie przeczytałem poprawnie fragmentu tekstu w jęz. rosyjskim. Akcent w tym języku jest ruchomy i dynamiczny. Zmienia się w zależności od przypadku (rzeczowniki), liczby, osoby (czasowniki), czyli może padać na różne sylaby. Osoby posiadające słuch muzyczny łatwiej pokonują trudności związane z akcentowaniem. Ja słuchu muzycznego nie mam, stąd i kłopoty z poprawnym wymawianiem słów w jęz. rosyjskim. W „kozie” do pomocy został także kolega – Tkaczyk z Wojciechowa, który miał mnie uczyć poprawnego czytania. Ale kiedy lekcje się skończyły, zostaliśmy zaangażowani do różnych prac pomocniczych: przynoszenia wody do kuchni i łazienki, rąbania gałęzi, zbierania spadów w sadzie, a na koniec do plewienia grządek z kwiatami. Ja skoncentrowałem się na poletku róż, które z natury piękne traciły atrakcyjność otoczone chwastami. Zaciekawiły mnie także  rosnące przy opłotowaniu zwarte kępy rudbekii nagiej, nazywanej gwarowo, w naszych stronach, „chłopami”. Moja ciekawość wynikała z faktu, iż myślałem , że kwiaty , które zdobiły niemal każdy wiejski ogródek nigdy nie zawitają do pańskiego ogrodu. Ale jak widać i tu zaczęły się zacierać różnice klasowe. Po skończonych czynnościach pomocniczych p. Kazimierz,  wziął nas na  łódkę i popłynęliśmy na szeroki staw, aby nakarmić karpie,  w miejscach przeznaczonych do tego celu. Po raz pierwszy w życiu, onieśmielony i lekko wystraszony ,  płynąłem łódką i to pod opieką  pana, który z bliska nie wydawał się tak groźny jak z oddalenia. Pozwolił nam urwać, a właściwie wyłamać, po kilka pałek rosnących na brzegach stawu i to nas dodatkowo ucieszyło. Było to więc dla mnie przeżycie, którego się nie zapomina. Po upływie około 2 godzin  zostaliśmy zwolnieni do domu. O sprawdzeniu stopnia opanowania umiejętności czytania, trudnego dla mnie tekstu rosyjskiego, nie było mowy. 

W szkole średniej, a chodziłem w latach 1951 – 1955 do Liceum Pedagogicznego  w Końskich, nie stosowano już kar cielesnych, ale było wiele innych sposobów dyscyplinowania uczniów. Liceum słynęło z surowej dyscypliny, której hołdowali przedwojenni nauczyciele, a ci stanowili większość. Upokarzającą karą była wizyta u groźnego dyrektora Piotra Pobochy (1908 – 1983) i wpis do tzw. Czarnej księgi. Pierwszy raz zawitałem przed jego oblicze dopiero w klasie trzeciej. Zauważyłem, że pani prowadząca lekcję WF, na boisku szkolnym
(byłem świeżo po obozie sportowym w Ostrowcu Świętokrzyskim), przestawiła szyk wyraz w zdaniu rozkazującym i coś bąknąłem na ten temat do kolegi ćwiczącego obok. Dosłyszała to. Za utrudniania, związane z prowadzeniem  lekcji, zostałem skierowany do dyrektora, aby wytłumaczyć się z nagannego zachowania. Ale o tłumaczeniu nie było mowy. Skoro zostałeś skierowany do dyrektora, tzn. jesteś winien, bo nauczyciel ma zawsze rację. Próbowałem się odezwać i coś tam wytłumaczyć, ale dyrektor zimny, oschły, o pokerowej twarzy nie pozwolił mi dokończyć żadnego zadania.  A gdybym miał prawo się odezwać, mogłem przekonać dyrektora, który z wyksztalcenia był wuefistą, że niesłusznie tu jestem. Ale wszelkie próby usprawiedliwiania się z nie zawsze do końca nagannych czynów i  zachowań,  stanowiły przesłankę potwierdzającą winę ucznia. Rozkazał, abym nauczycielkę przeprosił i nie wymądrzał się na przyszłość. Wpisał do Czarnej księgi jakąś notatkę, której  treści nigdy nie poznałem.

Po raz drugi znalazłem się w gabinecie dyrektora w towarzystwie kolegi   Mietka K., jako że obaj uczestniczyliśmy w zdarzeniu, które wywołało burzę w Liceum. Było to w lutym 1954 roku. Ja i Mietek byliśmy z oddziału b, a mieliśmy koleżanki, w których podkochiwaliśmy się w oddziale c. Były to rezolutna Krysia S. rodem z Fałkowa i ładna Janka K. z Przedborza. Ale Janka nie była na tyle ładną, aby można ją było  nazwać piękną. Imponowała mi za to głównie tym, że była najlepszą uczennicą w swojej klasie. Za najładniejszą w oddziale c uważano Basię Stoińską z Radoszyc. Pochodziła ona z zacnej i patriotycznej rodziny[2]. Niekiedy po apelu wieczornym odprowadzaliśmy nasze sympatie  do internatu żeńskiego, oddalonego od budynku głównego o około 500 m. W dwóch dalszych ładnych dziewczętach podkochiwali się  chłopcy z sąsiadującego z nami Technikum Mechaniczno – Odlewniczego. W feralny wieczór  dołączyli do nas i razem znaleźliśmy się  przed budynkiem internatu żeńskiego. Rozmowy na pożegnanie usłyszała wychowawczyni. Wyszła na schody i obrzuciła nas niezbyt wyszukaną wiązanką słowną, w której słowa „chuligani i łobuzy” brzmiały najłagodniej. Mnie i Mietkowi nie przyszło by do głowy, aby zrobić to, co zrobił jeden z chłopców z technikum. Ulepił niezdarną kulę śnieżną (śnieg był zmarznięty i suchy) i puścił ją w kierunku pani Stanisławy Okoniewskiej, bo tak nazywała się p. prof. od WF, która dorabiała dyżurując w internacie żeńskim. Była to ta sama pani, z powodu której już raz zapisano mnie w Czarnej księdze.  Śnieżka rozbiła się o schody, ale sprowadziła na nas kłopoty, które rozpoczęły się w dniu następnym. Szkołę obiegła wiadomość, że czterej chuligani, a wśród nich dwaj chłopcy z Liceum, obrzucili wczoraj wieczorem, panią profesor  zmarzniętymi grudami śniegu. Zgłosiła to dyr., a sprawę ma rozpatrzyć także Rada Pedagogiczna. Szybko ustalono winnych i niebawem znaleźliśmy się przed ponurym  obliczem dyrektora, który nie żądał żadnych wyjaśnień,  gdyż jak powiedział  „sprawa jest mu dobrze znana”. Wysłuchaliśmy długiej listy oskarżeń, których podsumowaniem było stwierdzenie, że znaleźliśmy się „na prostej drodze prowadzącej  do bandytyzmu.”  Wpisał nasze nazwiska i jakąś tam notkę do Czarnej księgi, a na kolejny okres, skutkiem kary,  obniżono nam oceny ze sprawowania.  Ale jeszcze długo koledzy gratulowali nam odwagi, dopytując się o szczegóły zajścia, gdyż nikt nie wierzył, że cała historia to niewinna śnieżka, która nikomu nie uczyniła żadnej krzywdy.

 Kolejnych kłopotów nabawiłem się w następnym roku i to też w lutym. Był mróz, dużo śniegu, a na dodatek ciągle jeszcze padało. Wolny czas od nauki przeważnie  spędzaliśmy w klasach, czytając lub dyskutując na różne tematy. Dodatkowych atrakcji było niewiele: świetlica, biblioteka i narty, których w Liceum mieliśmy tylko dwie pary. Po apelu wieczornym poszliśmy z kol. Mietkiem do klasy naszych koleżanek. Kiedy szkoła opustoszała, my nadal w niej pozostaliśmy. Zgasiliśmy światło i odbyliśmy kolejną niewinną randkę, ograniczoną do czułych przytuleń i pocałunków, gdyż na seks byliśmy jeszcze zbyt zieloni. Kiedy chcieliśmy opuścić szkołę, okazało się, że jest ona zamknięta. Zamknięte było wejście główne od strony wschodniej, a także dodatkowe od strony północnej, a w mieszkaniu woźnego, który mieszkał w budynku szkolnym, panowała  grobowa cisza. Wyszliśmy więc przez okno w jednej z klas (budynek szkolny był parterowy),  usytuowanej od trony zachodniej, czyli tej, z której wiał wiatr ze śniegiem.  Nazajutrz od samego rana woźny, Paweł Habiera, stary frontowiec, uczestnik bitwy na Monte Cassino, stał w wejściu głównym i informował wchodzących, że śnieg,  którego sporo nawrzucał wcześniej, dostał się na korytarz przez niedomknięte okienko, usytuowane przy drzwiach wejściowych, którym Szproch i jego kolega wyszli nocą ze swoimi dziewczynami. Sytuacja stała się bardzo groźna dla całej naszej czwórki. Po raz trzeci stanąłem przed zimnym jak lód obliczem dyrektora. Choć gwoli ścisłości było mi trochę raźniej, gdyż trzy dni wcześniej uczestniczyłem w naradzie aktywu młodzieżowego szkół średnich, na której w imieniu Liceum publicznie omówiłem w oranżerii[3] sukcesy wychowawcze  szkoły, a dyrektor obecny na naradzie był z mojego przemówienia zadowolony. Tym razem pozwolił mi się wypowiedzieć, więc przedstawiłem prawdziwą wersję wydarzeń. Ale prawdziwa wersja wydarzeń nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. I nie wypytywał o szczegóły. Uznał, że nasza wina jest bezsporna, bo po apelu wieczornym zostaliśmy w szkole, a regulamin uczniowski wyraźnie tego zabrania. Mówił dalej, iż szkoła nie jest miejscem schadzek, a miejscem do nauki. Aby inni uczniowie nie próbowali was naśladować, musimy sprawę nagłośnić i zabrać wam stypendium na miesiąc marzec – wyjaśniał dalej. Opuściliśmy gabinet dyrektora w pogrzebowym nastroju, zdając sobie sprawę z tego, że sprawy przewinienia nie da się ukryć przed rodzicami, którzy muszą wyłożyć pieniądze za miesiąc naszego pobytu w internacie. Krysia i Janeczka, bo tak ją nazywałem, nie zostały „wyspowiadane” przez dyrektora. Uczyniła to dwukrotnie jego żona – Anna (1912- 1962) nauczycielka jęz. polskiego, która dbała o to, aby młodzież naszego Liceum zajmowała się nauką, a nie schadzkami i miłostkami. Wkrótce do szkoły przyjechała moja niedoszła teściowa, z miasteczka Przedborza. Unikając z nią spotkania, przesiedziałem całe popołudnie w internacie, modląc się w  duchu, aby nie przybyła tu w towarzystwie kierownika internatu. Ukradkiem zobaczyłem ją przez okno, jak szła do stołówki na obiad. Jej wyraz twarzy wskazywał na to, że dobrze zrobiłem unikając z nią spotkania. Odbyła ona dłuższą rozmowę z dyrektorem, której efektem była zmiana stanowiska dyrektora w stosunku do całej naszej czwórki. Nie zabrano nam stypendium, ale byliśmy bacznie obserwowani nie tylko przez grono pedagogiczne, ale także i przez uczniów. Przez jakiś czas, w zainteresowanych klasach, plotkowano na ten temat, a koledzy nie mogli się nadziwić, że w odpowiednim czasie, nie załatwiliśmy sprawy polubownie z woźnym.  Po naszym nagannym zachowaniu nie było słychać, aby jakaś zakochana para zostawała po apelu wieczornym w szkole. Czy dyrektor zapisał mnie po raz trzeci, a Mietka po raz drugi, do „Czarnej księgi”, tego się  nigdy  nie dowiedzieliśmy.

W szkole pobiłem się tylko raz. A było to w Liceum, kiedy miałem już ukończone 18 lat. Mój starszy brat, Mietek, z wyksztalcenia technik meliorant, zarabiał, na owe czasy, dobrze. Pomagał finansowo rodzicom, pomagał także i mnie. Kupił mi buty narciarskie i odpowiednie do nich spodnie. Te elementy ubioru traktowałem odświętnie. Buty trzymałem pod łóżkiem w sypialni, w internacie. Pewnego razu zginęły, zostały po prostu ukradzione. Podejrzenie padło na kolegę z czwartej klasy, który mieszkał w tym samym pokoju co ja, razem z czterema innymi uczniami. Zacząłem mu zadawać różne podejrzliwe pytania. Zaczął kręcić.  Zapytałem wprost: czy odda buty? Milczał. Wtedy rzuciłem się na niego. I choć był wyższy i silniejszy, przewróciłem go na łóżko i zacząłem okładać pięściami po piersi i brzuchu.  On zaś trzymał mnie za kark, przyciskając coraz mocniej. Ale koledzy szybko nas rozdzielili i o zaistniałej sytuacji powiadomili dyżurującego nauczyciela.  A był nim Stefan Zieliński, nauczyciel od przysposobienia wojskowego. Ten zaś powołał grupę poszukiwaczy, wśród której znalazłem się także i ja. Obeszliśmy tereny wokół budynków należących do Liceum, zaglądając we wszelkie zakamarki, gdzie można było ukryć czasowo buty, ale ich tam nie było. Jeden z kolegów podsunął pomysł, aby przeszukać teren przy wysokim, zbudowanym z betonowych płyt , ogrodzeniu, które okalało dość duży obszar należący wtedy do Liceum. Zaczęliśmy od strony wschodniej. Wkrótce natknęliśmy się na kilka rur kanalizacyjnych, ułożonych jedna na drugiej, przygotowanych do naprawy kolektora ściekowego. Jako najbardziej zainteresowany odnalezieniem butów zajrzałem do wlotu każdej rury. I wtedy moim oczom ukazały się buty w jednej z nich, ale wepchnięto nieco dalej, tak aby na pierwszy rzut oka nie można ich było zauważyć.  Nie bez trudności wydostaliśmy narciarki z rury i akcja została zakończona. Z Cześkiem P., bo tak nazywał się ów podejrzany, uczyliśmy się jeszcze przez co najmniej trzy miesiące, ale od owego zajścia nie rozmawialiśmy ze sobą.

       Poważnych kłopotów nabawiłem się w końcu marca 1955 r. Prof. od matematyki, najmłodszy z grona pedagogów, Aleksander Młynarczyk, zrobił nam porządną, dwugodzinna klasówkę z tego przedmiotu. Klasówka wypadła fatalnie, czym najbardziej zaniepokojeni byli dobrzy uczniowie. W moim oddziale  było trzech bardzo dobrych matematyków, a dwóch z nich, którym także się nie powiodło,  postanowiło ratować sytuację za wszelką cenę. Dołączyłem do nich. Jeden z nich, Stefan Napora, wiedział, gdzie prof. przechowuje klasówki zanim je poprawi. Był to jeden z regałów w szafie znajdującej się w  pokoju nauczycielskim. On to wyczekał na odpowiedni moment, gdy nauczyciel dyżurujący grał w szachy w świetlicy szkolnej, a nasza klasa była pusta, wszedł cichaczem do pokoju i wydostał nasze zeszyty klasowe. Po wyrwaniu kartek z błędnymi rozwiązaniami, wpisaliśmy poprawne i Stefek zaniósł je ponownie na dawne miejsce. Zadania prawidłowo rozwiązane podał nam najmłodszy w klasie  16 – letni Kazio Sobczyk[4], który  wtajemniczony wcześniej w nasz plan zgodził się nam pomóc. Ale zachowując daleko idącą ostrożność, musieliśmy popełnić jakiś błąd i sprawa dotarła, pocztą szemraną, do przew. Koła Klasowego ZMP i jednocześnie szanowanej w Liceum konferansjerki imprez masowych, na których występował nasz chór szkolny.[5] Krystyna K. poczuła się  szczególnie urażona oceną niedostateczną  z matematyki i doprowadziła do nadzwyczajnego zebrania z udziałem wychowawcy klasy i opiekuna  Szkolnego Koła ZMP. Zanim to nastąpiło odczekała aż prof. rozda klasówki. Ale prof. zachował się w nietypowy sposób, rozdał klasówki, wpisał oceny do dziennika  i, nie komentując  wyników, przystąpił do realizacji nowego tematu lekcji. A były tylko cztery oceny bardzo dobre, kilka dostatecznych z minusem i reszta ocen – niedostateczny. Myślę, iż brak komentarza wynikał z przekonania profesora, że to on ponosi winę za zaistniałą sytuację. Zebranie prowadził prof. Henryk Głuch, nauczyciel fizyki, wychowawca naszej klasy, człowiek ceniony i lubiany przez młodzież. Doprowadził do wyciszenia nastrojów i udzielił głosu Krystynie K., ubranej w zieloną koszulę i czerwony krawat. Ja choć należałem do ZMP, takiego stroju nie miałem, gdyż specjalnie o to nie zabiegałem. Przedstawiła przebieg wydarzeń, które doprowadziły naszą trójkę na drogę krętactwa, kłamstwa i fałszu, i oburzyły całą naszą klasę – mówiła dalej. Choć gwoli ścisłości nie wszyscy nas potępiali, bo byli i tacy, którzy gratulowali nam pomysłowości i odwagi. Nie widać na ich twarzach skruchy i rumieńców wstydu  – kontynuowała, a powinni ze wstydu zapaść się pod ziemię. Siedzieliśmy na swoich miejscach ze spuszczonymi głowami, spodziewając się najgorszego. A ona mówiła dalej. Naganny czyn kolegów, to wynik niewłaściwego wychowania w rodzinie, gdzie toleruje się kombinacje, kłamstwa i fałszerstwa, i nie uczy pracy w kolektywie i zbiorowości.  Koledzy ci splamili honor ZMP – owca, co nie ulegało wątpliwości, i zaproponowała usunięcie nas z organizacji.[6]

Z kolei przemówił etatowy opiekun organizacji ZMP i zaczął górnolotnie od wzorów radzieckich i konieczności wychowania młodego pokolenia Polaków na modłę Komsomołu. Polska Ludowa nie potrzebuje cwaniaków, darmozjadów i próżniaków, a potrzebuje ludzi ideowych, którzy są w stanie poświęcić życie dla dobra ojczyzny. Kto dziś oszukuje, w przyszłości będzie kradł – przekonywał. Realizacja planu 6 – letniego przebiega pomyślnie i kraj się rozwija, ale wróg czuwa, któremu w sukurs przychodzą młodzi pokroju tej grupy, którą dziś oceniamy. Ale nie poparł wniosku o usuniecie nas z organizacji ZMP. Musimy wychowywać wszystkich  młodych, nawet tych ,którzy dziś błądzą, aby stali się w przyszłości wartościowymi ludźmi – zakończył, czekając na aplauz, którego ku jego zdumieniu nie było.

 Prof. H. Głuch, niezależny, taktowny, spokojny i odważny  poczuł się w obowiązku zając stanowisko.. Powiedział, iż zdarzają się sytuacje, że dobrzy uczniowie też popełniają błędy, będące następstwem kłopotliwych i  trudnych sytuacji, ale sztuką jest przyznać się do błędu i nie popełniać ich na przyszłość. Nie zamierzam omawiać tego zdarzenia z prof. Młynarczykiem – informował, choćby z tego względu, że on w  tej sprawie zachowuje milczenie. Winę za całe zamieszanie wziął na siebie Kazio Sobczyk, utalentowany matematycznie kolega, rodem z Radwanowa, gmina Słupia Konecka. To ja rozwiązałem zadania i dałem kolegom do odpisania – wyjaśniał. Czuję się wobec klasy i profesorów winny. W imieniu całej naszej czwórki, przeprosił wszystkich,  którzy poczuli się w jakiejś mierze urażeni i  zwracając się do opiekuna ZMP, prosił, aby sprawy nie  upubliczniać w Liceum i zachować taktowne milczenie. Na tym osądzanie winnych zakończono, a w przyszłości nie dało się odczuć, aby prof. Młynarczyk był do nas ustosunkowany negatywnie.

     A jak było z nauką. Z nauką było dobrze. Zarówno w szkole podstawowej jak i średniej należałem do ścisłej czołówki najlepszych uczniów w klasie.


[1] Szkoła w Borowej znajdowała się nieopodal niemieckich fortyfikacji polowych, wybudowanych rękami Polaków, których przymuszano do różnych prac, w ramach tzw. szarwarku w 1944 roku.

[2] Jej wujek Jan Stoiński „Brzoza”, „Górski”(1907 – 1942), z rozkazu „Hubala” zorganizował w rejonie Radoszyc silny oddział partyzancki. Od stycznia 1940 roku był komendantem Związku Walki Zbrojnej na Obwód Końskie. To jemu należy zawdzięczać sprawne zorganizowanie struktur podziemnego państwa na Ziemi Koneckiej, czyli łączności. prasy, kwater i grup dywersyjnych w Niekłaniu i Końskich. Wydany prze dwóch konfidentów zginął w nocy z 1 na 2 listopada 1942 r. na tzw. „Budowie „ w Końskich.

[3] Oranżeria –  pozostałość po zespole pałacowym kanclerza wielkiego koronnego Jana Małachowskiego, która po 1945 r. została zamieniona na Dom Kultury, w którym odbywała się różne uroczystości i wszelkiego rodzaju imprezy kulturalne. Dawniej znajdowała się tu cieplarnia, w której uprawiano rośliny ozdobne.

[4] On to po wielu latach jako prof. zwyczajny, członek rzeczywisty PAN, przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Podstawowych Problemów Techniki przy PAN w latach 2003 – 2006 i 2011 – 12, wykładowca etatowy mechaniki na UW, zasłynął w świecie osiągnięciami w badaniach dynamiki stochastycznej układów i materiałów konstrukcyjnych. Wykładał na wielu uniwersytetach technicznych Europy I Stanów Zjednoczonych, miał prawo wizytowania uczelnie techniczne nie tylko w Polsce.

[5] Największe sukcesy nasz chór mieszany odnosił w połowie lat 50. Zaprezentował on swój program artystyczny na Światowym Festiwalu Młodzieży  i Studentów w Warszawie w 1955 roku. W tym samym roku w Ogólnopolskim Konkursie Chórów Szkolnych chór Liceum Pedagog. Końskie zajął 2. miejsce. Wystąpił także gościnnie w Polskim Radio w Katowicach.

[6]  Wszyscy oblikatoryjnie byliśmy zapisywani do ZMP, która była jedyną organizacją w naszym Liceum. Opiekunem i guru duchowym tej organizacji był mały, ruchliwy, o bujnej  czuprynie, zadziorny w dyskusji  etatowy instruktor. Wszędzie go było pełno i nic nie mogło się wydarzyć w szkole bez jego wiedzy i zgody. Nasze Liceum było świeckie, dlatego w niedzielę i święta organizowano przeróżne imprezy, aby odciągnąć młodzież od kościoła, ale dużych sukcesów , w  tym działaniu, nie osiągnięto.

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *