Gdy wybuchła druga wojna światowa, Stanisław Kasiniak miał 17 lat i mieszkał wraz z rodziną w Bełzie, kolonia Góra, woj. lwowskie. Jego ojciec zmarł w 1931 r., a dwudziestopięciohektarowe gospodarstwo rolne prowadziła mama z czwórką dzieci, z których najmłodszy Józef miał dopiero 11 lat. Przed wojną w Bełzie działał prężnie Związek Strzelecki, w ramach którego także Stanisław przygotowywał się do obrony kraju. Zadaniem Związku na terenie był: ochrona stacji kolejowej, torów, a także mostów przed dywersantami niemieckimi i wrogo nastawionymi do Polski Ukraińcami. Z wycofującego się na wschód rozproszonego oddziału wojska polskiego w domu Kasiniaków zatrzymało się dwóch oficerów: kapitan o nazwisku Deltonti i porucznik, nazwiska którego mój rozmówca nie pamięta. W miarę, jak Niemcy posuwali się na wschód, atmosfera strachu narastała i groźba dostania się w ręce wroga stawała się coraz bardziej realna; oficerowie postanowili oddalić niebezpieczeństwo. Ruszyli konnym wozem w kierunku na Dubno i Równe zabierając ze sobą Kasiniaka, który ze względu na przynależność do Związku Strzeleckiego czuł się także zagrożony, zwłaszcza ze strony Ukraińców.
Po kilku dniach dotarli w okolice Dubna i zatrzymali się u jednego z osadników wojskowych, który przyjął także wielu innych żołnierzy i cywilów uciekających przed frontem. Tu przebywali do 17 września, licząc na ewentualne dołączenie do silnej i dobrze zorganizowanej formacji wojska polskiego. Najazd Sowietów na Polskę zmienił ich zamierzenia i zmusił do ucieczki, tym razem na zachód. Klucząc między wioskami: ukraińskimi, pełni obaw i lęku przyjechali do Bełza oficerowie. Połączeni z żonami, które w międzyczasie tu przybyły, szybko odjechali, zdążając do rodzinnego miasta, czyli do Krakowa. Natychmiastowy odjazd uratował oficerów i ich żony, gdyż nazajutrz Rosjanie zajęli te tereny. Zgodnie z paktem Ribbentrop-Mołotow granicę zaboru ustalono na linii Curzona, która przebiegła tu wzdłuż rzeki Sołokija (dopływ Bugu). Bełz został po stronie niemieckiej, a jego dom i kolonie Góra po stronie sowieckiej. Jeszcze przez dwa tygodnie można było przechodzić granicę, ale po tym czasie zamknięto przejście do Bełza i uniemożliwiono tym samym robienie niezbędnych zakupów w tym mieście. Najbliższe miasto po stronie wschodniej to Sokal, odległy o 25 kilometrów i Żółkiew oddalona o 35 kilometrów. Nastąpił smutny i ponury okres rządów władzy radzieckiej. Sytuację pogarszał fakt, iż kolonię Góra otaczały wioski ukraińskie, które uaktywniły wrogą działalność wobec ludności polskiej, zamieszkującej te tereny. Na początku grudnia administracja sowiecka dokonała szczegółowego spisu gospodarstw posiadających dwa konie i więcej. Kasiniakowie mieli tylko jednego konia, gdyż dwa zostały zabrane na rzecz wojska w sierpniu, a więc tuż przed wybuchem wojny. Rolnicy wciągnięci na listę byli zobowiązani nakazem do niezwłocznego stawienia się w wyznaczonym przez władze miejscu i czasie, oczywiście z końmi i wozem lub saniami. Zastanawiano się jakim celem to miało służyć. Przypuszczenia szły w dwóch kierunkach: albo Rosjanie będą się wycofywać i potrzebne im pojazdy konne, albo furmanki zostaną użyte do transportu broni i amunicji. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej okrutna.
10 lutego (sobota) 1940 r. o godz. 3.30 nad ranem załomotano do drzwi i okien domu Kasiniaków. Natarczywe i głośne łomotanie zbudziło wszystkich domowników, a że Stanisław spał najbliżej drzwi, to on otworzył je dla nieproszonych gości. Do mieszkania weszło 6-ciu mężczyzn o lodowatym spojrzeniu i twarzy kata. Tylko dwóch z nich było nieuzbrojonych. Byli to Ukraińcy, którzy przy.prowadzili tu dwóch żołnierzy i dwóch oficerów rosyjskich. Jeden z oficerów, najprawdopodobniej dowódca, odczytał zalęknionym domownikom dekret „wierchownowo sowieta” nakazujący przymusową deportację. Dano im pół godz. czasu na spakowanie się i opuszczenie mieszkania. Rodzina Kasiniaków po wyrwaniu ze snu i wysłuchaniu treści dekretu wpadła w osłupienie, które następnie przerodziło się w paniczny lęk. Ale wrogowie popędzali strzałami i trzeba było się pakować. Widząc wielkie zamieszanie i bezradność oraz słysząc płacz kobiet dowódca przedłużył czas pakowania do jednej godziny. Żołnierze uważnie obserwowali czynność pakowania do worków, prześcieradeł i kartonów, nie pozwalając brać rzeczy cenniejszych. Można było jedynie zapakować ubrania, jedzenie i pościel. Po godzinie wszystkich wypędzono z mieszkania, w sumie pięć osób, tj.: Stanisława, jego mamę, brata i dwie siostry – Helenę i Michalinę. Z drugiej części domu wypędzono także starszego brata Franciszka, jego żonę Irenę i córkę Lilę, którzy w końcu 1939 r. przyjechali tu z okolic Stanisławowa. Dwie rodziny Kasiniaków znalazły się więc na dworze, gdzie szalała wichura śnieżna, a temperatura powietrza dochodziła do -30°C. Kobiety i dzieci płakały, ale Stanisław i Franciszek zachowywali się godnie. Stanisław zamknął w stajni jednego z wilczurów, który latał po podwórzu i pożegnał się z nim, a następnie z drugim groźnym, który był przywiązany, przytulając każdego z nich do siebie. Zwierzęta drżały na ciele. I one wyczuwały niezwykłą grozę sytuacji.

Dwoma saniami, w asyście Rosjan, (Ukraińcy zostali w domu Kasiniaków) zawieziono ich do szkoły we wsi Góra, gdzie zorganizowano punkt zbiorczy dla wszystkich zesłańców z tego terenu. Teren szkoły otoczyły straże, ale mimo to udało się Stanisławowi wymknąć z matni i dotrzeć do szwagra Jąkały Józefa, który mieszkał nieopodal. Poinformował go o zaistniałej sytuacji i o tym, że wkrótce i po niego przyjdą. Szwagier zdążył w międzyczasie zabić świnię, przygotować i zapakować odpowiednią ilość mięsa, które ratowało ich w czasie podróży na Syberię przed głodem. Szwagrowie uzgodnili, że będą trzymać się razem i nie będą uciekać, a z całą rodziną pojadą do celu przeznaczenia, gdyż wspólnie łatwiej przetrwać niedole tułaczki i zesłania. Stanisław wrócił więc niepostrzeżenie do szkoły. Kiedy zwieziono wszystkich przeznaczonych do deportacji, a trwało to prawie cały dzień, sprawdzono skrupulatnie obecność i nakazano ponownie ładować się do sań. Konwój zesłańców ruszył w dalszą drogę do Parchacza, gdzie znajdowała się najbliższa stacja kolejowa.
Po trzech godzinach jazdy po śniegu i w siarczystym mrozie dotarli do podstawionego tu wcześniej pociągu towarowego. Wśród deportowanych były małe dzieci, niemowlęta, starcy – i dla nich los zapowiadał się tragicznie. Żołnierze z konwoju otworzyli drzwi wagonów i pilnowali załadunku. Do wagonu, który przydzielono Kasiniakom, upchano 43 osoby, w tym 20-cioro dzieci w wieku od 1 do 15 lat. W tym wagonie było sześć znajomych rodzin o nazwiskach: Kanty, Żądło, Jąkała, Ozimek, Brandys, Chorępa a także pięć innych, których nazwisk Stanisław nie zapamiętał.
Z jednej i drugiej strony wagonu bydłego, na jego szerokości, były zrobione z desek podwójne prycze. Na środku wagonu był ustawiony okrągły żeliwny piecyk, ale żadnego opału nie było. Obok rozsuwanych drzwi w podłodze był wycięty otwór, a w nim z blachy coś w rodzaju dużego lejka, czyli prowizoryczna muszla klozetowa. Któryś z mężczyzn zrobił parawan, umożliwiający zasłanianie osoby w czasie wykonywania wstydliwej czynności. Zapachów jednak nie dało się wyeliminować i towarzyszyły one zesłańcom, nasilając się z każdym dniem, aż do Soswy.
Ale wróćmy do zasadniczego wątku. Kiedy wszystkie rodziny z wielkim trudem wybrały swe legowiska okazało się, że zesłańcy ściśnięci są w wagonie jak śledzie. A wiejska stacja kolejowa przedstawiała przerażający widok z powodu wałęsających się bezpańskich koni z saniami, gdyż ich właściciele, po wykonaniu rozkazu władz, zostali także objęci deportacją i wepchnięci do przydzielonych wagonów. Stanisław i jego szwagier, za zgodą konwojenta, zdobyli trochę drewna i dwa wiadra węgla na opał. Po załadowaniu wszystkich wagony nie tylko zaryglowano, ale także zamknięto na śruby, aby nikt nie mógł uciec. Pociąg w nocy ruszył w nieznanym kierunku. Wśród przymusowych pasażerów nastała złowróżbna cisza. Po pewnym czasie ktoś w wagonie Kasiniaka zaczął modlitwę „Pod twoją obronę”, a za nim niemal wszyscy błagali NMP o litość i zmiłowanie. Później śpiewano „Nie rzucim ziemi” i „Boże coś Polskę”. Płacz i śpiew przeplatały się nawzajem. Boleż i ból był ogromny. Wszyscy zostawili znaczący dobytek swego życia, który, jak się później okazało, dostał się głównie w ręce zasłużonych dla władzy sowieckiej Ukraińców. Znaczna część gospodarstw, wraz z budynkami gospodarczymi, przekazano kołchozom.

Kiedy minęli Równe byli już pewni, że jadą w głąb ZSRR, w rejony, gdzie zwożono polskich powstanców i skąd powrót do kraju był mało prawdopodobny. Po dwóch dniach dojechali do Kijowa, gdzie otrzymali pierwszy posiłek w postaci kaszy jęczmiennej okraszonej olejem słonecznikowym. Kaszy tej jednak nikt nie jadł, ponieważ była skisła. Pociąg jechał i jechał, zatrzymując się planowo raz na dobę. Wtedy żołnierz sowiecki otwierał drzwi wagonu i zabierał ze sobą czterech mężczyzn; dwóch z wiadrami szło po wodę, a następni dwaj przynosili żywność. W sumie przynoszono do wagonu 4 wiadra wody, czarny, żytni razowy chleb, ugotowaną kaszę jęczmienną lub ziemniaki także okraszone olejem, czasami jakąś zupę. Dwóch mężczyzn organizowało także w pośpiechu opał do ogrzewania i gotowania. Każda rodzina miała z sobą własne zapasy żywności i one ratowały przed głodem, przynajmniej w pierwszych dniach podróży. Wody jednak ciągle brakowało. Kiedy pociąg ze względu na brak przejazdu miał nieplanowane postoje, nieraz dłuższe, nieraz krótsze, a drzwi wagonu były zaryglowane, próbowano przez okienka ubłagać najbliżej stojącego strażnika przynajmniej o konewkę wody. Ale błagania starszych nie wywoływały żadnej reakcji u zimnych i oschłych konwojentów. W kolejnej próbie posłużono się dzieckiem, małą Lila Kasiniak, która przez okienko, gestykulując rękoma wołała. Wody! Wody! Chce nam się pić. Bardzo chcemy wody! Starsi sądzili, że strażnik stojący przy wagonie też ma dziecko lub dzieci i ulegnie prośbom małej dziewczynki. Ale nic z tego. Pogroził dziewczynce pięścią i rzucił w jęz. rosyjskim wiązankę wulgarnych słów. Starsi i schorowani nie wytrzymywali trudów podróży i były przypadki zgonów. Ile osób zmarło z opisywanego transportu nie wiadomo. Stanisław Kasiniak, idąc po wodę, widział trzy takie przypadki. Zmarłych wyniesiono z wagonów i pozostawiono na peronie. Co było dalej ze zwłokami też nie wiadomo. W czasie podróży zwłaszcza mężczyźni prowadzili niekończące się dyskusje na temat własnego losu i losu swoich rodzin.
Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że wywozi się ich tylko dlatego, że są Polakami z rodzin osadników wojskowych i że mieszkali na Ukrainie.
W miarę oddalania się od stron rodzinnych niepokój, lęk i obawy narastały. A ileż człowiek może wytrzymać. Organizm po jakimś czasie broni się zobojętnieniem i niewiarą w zmianę zaistniałej sytuacji.
Po przekroczeniu Uralu konwojenci świadomie złagodzili rygory podróży, pozwalając otwierać drzwi wagonów zgodnie z życzeniem deportowanych. Zdawali sobie bowiem sprawę z tego, że stąd nie ma szans na ucieczkę. Przez Riazań–Kazań, Świerdłowsk–Sierow po przeszło trzech tygodniach, a dokładnie dnia 5 marca 1940 r. brudni, wygłodzeni i przemarznięci do szpiku kości dotarli do Sośwy, celu podróży deportowanych z okolic Bełza.
Tu rozpoczął się kolejny, bardzie tragiczny los zesłańców, opisany wcześniej w „Gazecie Drezdeneckiej” za redakcją Edwarda Urbana.
PS. W czasie pierwszej masowej deportacji Polaków z kresów wschodnich, która rozpoczęła się 10 lutego (sobota) 1940 r. wywieziono co najmniej 220 tys. ludzi do północnych oblastii ZSRR, głównie w okolice Archangeliska i Wołogdy.