KATARZYNA URBANIAK z d. Stelmaszczuk ur. się 27 października 1927 roku we wsi Prekmięszcze, pow. Kołomyja, woj. tarnopolskie. W Prekmięszczach przeważali Polacy, ale żyli tu także Ukraińcy i Żydzi. Ojciec — Stefan był oficerem wojska polskiego, ale posiadał także duże, rozłożone w kilku miejscach, gospodarstwo rolne, które pod jego nieobecność, tuż przed wojną, prowadzili: żona, zięć i syn. O zamożności rodziny świadczy fakt, iż sam ogród, w którym dominowały drzewa owocowe i krzewy ozdobne, liczył 6 mórg małopolskich.
Ojciec i czterech jego kolegów oficerów, aresztowani w dniu 19 września 1939 r., nie dali się wziąć do niewoli przez Rosjan. Po zlikwidowaniu wrogów sami zadali sobie śmierć wysadzając się granatami. Postąpili więc niezgodnie z rozkazami dowódców, które nakazywały oddawanie się do niewoli sowieckiej.
Z chwilą wybuchu wojny Katarzyna przestała uczęszczać do 6-klasowej Szkoły Powszechnej, a jej głównym zajęciem było wypasanie bydła.
Okupacja sowiecka przyniosła nie tylko zniewolenie człowieka, ale także narastający głód. Już wiosną 1940 r. największym marzeniem niemal każdego Polaka, mieszkającego na Ukrainie było najeść się do syta.
Takie marzenie przyświecało również siedmiorgu dzieciakom, które pasąc krowy rozpaliły ognisko i przystąpiły do pieczenia ziemniaków. A że nie były jeszcze młodych pobrały stare /sadzeniaki/, po spożyciu których nastąpiło silne zatrucie pokarmowe. Przewiezione przez Rosjan do szpitala w Kołomyi nie wróciły już do domów, a zostały przekazane do Domu Dziecka, prowadzonego przez siostry zakonne. W patriotyczny i religijny charakter wychowania zaczęto wprowadzać elementy sowietyzacji, które niepokoiły wychowawczynie i dezorientowały dzieci.
W czerwcu 1941 r. przyszli Niemcy i wykorzystali dzieci do swoich wojennych interesów. Te starsze trzynasto-czternastoletnie, zakonnice wydały Niemcom, a ci załadowali je na pociąg w Kołomyi, dopełniony różnymi ludźmi z powiatu i skierowali do III Rzeszy. Po drodze rozdzielono transport według kryterium wieku.
Dzieci skierowano do Kostrzyna nad Odrą i umieszczono w dużym baraku usytuowanym w pobliżu szpitala wojskowego, starszych zaś przewieziono do Choszczna.
Katarzyna znalazła się w grupie skierowanej do Kostrzyna. Tu z miejsca określono dzieciom grupę krwi z zamiarem jej pobierania. Niemcy przywiązywali dużą uwagę do warunków sanitarnych w obozie, dbali o porządek i higienę jej mieszkańców.
Dzieci, których liczbę K. Urbaniak szacuje na około 300-tu, stanowiły żywy „magazyn” krwi przetaczanej ciężko rannym żołnierzom niemieckim. Charakterystyczne jest, że były tu także dzieci ukraińskie, ale tylko z rodzin mieszanych i to wyłącznie z tych, w których ojcami byli Polacy. Codziennie brano grupy 10–11 osobowe i tyłuż Niemców, w wyniku bezpośredniego przetaczania, zgodnej grupowo krwi z żyły dawcy /dziecka/ otrzymywało odpowiednią porcję sił witalnych z młodego organizmu.
Ile ml krwi przetaczano jednorazowo, tego moja rozmówczyni nie potrafi określić. Musiała to być jednak ilość znaczna, gdyż po pobraniu krwi dziecku przez jakiś czas otrzymywały lepszy „futer”.
Katarzyna, z „0” grupą krwi, w odstępach miesięcznych, była trzykrotnie poddana transfuzji. Widziała tylko usta i nos rannych żołnierzy niemieckich, gdyż reszta ciała była w bandażach.
Po kilku miesiącach niepokoju i ustawicznego lęku, który niszczył psychicznie, dzieci kierowano w grupach do przydzielonych wcześniej Biur Pracy, a te rozdzielały je wśród zainteresowanych rolników niemieckich.
K. Stelmaszczuk, mając zaledwie czternaście lat, znalazła się w połowie 1942 r. przed Arbeitsamtem w Drezdenku /budynek dzisiejszej Szkoły Zawodowej/. Tu rolnicy z okolicznych wiosek po wnikliwych oględzinach decydowali się na wybrane osoby.
Blada i wątła Katarzyna pozostała do końca, gdyż nie było na nią „nabywcy”. Widząc zagubioną dziewczynkę, Niemka z Kawczyna zaczęła jej się bacznie przyglądać, rozważając za i przeciw. W podjęciu decyzji pomógł jej znajomy Niemiec, który powiedział: „Dasz źrebakowi dobry futer, to źrebak będzie robił”.
Niemka — Zofia Henke wzięła do siebie K. Stelmaszczuk. Wybór ten był dla Katarzyny wyjątkowo szczęśliwy, gdyż Henke /zniemczona Polka/ rodem z Kamiennika, umiejąca dobrze język polski, była kobietą dobrego serca i szlachetnej duszy. Choć starała się kamuflować swoje uczucia i poglądy, to jednak można było wywnioskować, że nie identyfikuje się z polityką Hitlera i współczuje Polakom. Pobyt Katarzyny w obozie w Kostrzynie skomentowała następująco: „Historia wystawi Niemcom rachunek za to co czynią”.
Przez okres dwóch tygodni Katarzyna regenerowała siły, gdyż Henke nie pozwalała jej pracować i karmiła ją dobrze. Po tym okresie powoli wdrażała dziewczynkę początkowo do lżejszych, później do coraz trudniejszych prac, których w 10-hektarowym gospodarstwie było bardzo dużo, ponieważ mąż gospodyni był starszy i niedołężny, a dwaj synowie Henke byli na wojnie. Obaj w różnym czasie zginęli.
Henke próbowała nawiązać kontakt listowny z rodziną Stelmaszczuk, mieszkającą na Ukrainie, ale listy wysyłane do ZSRR pozostawały bez odpowiedzi. Prawdopodobnie dlatego, że rodzina Katarzyny została wywieziona do Donbasu, gdzie w niewolniczych warunkach żyła aż do 1956 roku.
Pracą Polaków pieczołowicie interesowała się policja niemiecka. Tym, którzy pracowali solidnie i zachowywali się bez zarzutu proponowano status volksdeutscha. Takie propozycje otrzymywała także Katarzyna Stelmaszczuk. W związku z tym odwiedzał ją wielokrotnie policjant z Chełstu — Walter. Kiedy sytuacja stawała się niebezpieczna, bo nasza bohaterka nie zgadzała się na zmianę obywatelstwa, postanowiła opuścić Kawczyn, aby wydostać się spod „opiekuńczych” skrzydeł policji w Chełście.
W czerwcu 1944 r. Biuro Pracy w Drezdenku skierowało ją do Grotowa, do pracy w gospodarstwie Rosemarie Senkpiel. Tu miała znacznie gorzej niż u Henke. Pracowała ponad siły, a Niemka, pod nieobecność męża /był na wojnie/ wyżywała się na młodej Polce, nie szczędząc jej także kar cielesnych.
Ale wojna dobiegała końca. Tereny zajmowane przez Rosjan opuszczali odpowiednio wcześniej Niemcy. Mieszkańcy Kawczyna i Grotowa zrobili to w ostatnim momencie, mianowicie w przeddzień wkroczenia Armii Czerwonej.
Młode dziewczęta straszono Rosjanami, dlatego unikały one bliższych kontaktów z „wyzwolicielami”.
Katarzyna, wraz z przyjaciółką, pojechały do Kobusza koło Wronek. Stąd niektórzy gospodarze, w kilka tygodni po wyzwoleniu, ruszyli w okolice Drezdenka. Urbaniak Julian objął gospodarstwo w Grotowie po Niemce Senkpiel. Tu także była już Katarzyna Stelmaszczuk, z którą w listopadzie 1945 r. ożenił się syn Juliana — Józef.
Młodzi Urbaniakowie mieszkali w Grotowie tylko do 1949 r., a od tego czasu związali się z Drezdenkiem. Józef Urbaniak pracował początkowo jako listonosz później przez wiele lat, w Elektromecie. Zmarł w 1977 roku nie doczekawszy emerytury.
Przełomowym momentem w życiu Katarzyny był pierwszy wyjazd na Ukrainę, który miał miejsce w lipcu 1956 r. tj. wkrótce po powrocie z Donbasu mamy, brata i trzech sióstr. Mama na widok córki, którą przez wiele lat uznawała za nieżyjącą i za duszę której modliła się często i gorąco, zemdlała, a po odzyskaniu przytomności musiano ją umieścić w szpitalu w Kołomyi, gdzie długo dochodziła do sił i zdrowia.
Katarzyna Urbaniak mieszka z synem Andrzejem i jego rodziną przy ulicy Bolesława Chrobrego 13/2.
Eksperymenty, jakie na niej dokonywali Niemcy i 4 lata niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy, zostały „wycenione” na 9 mln. starych złotych, czyli na 3 dni robocze dzisiejszego Niemca.
Sumę tę, uzyskaną z wielkim trudem i kłopotami wypłaciła Katarzynie Fundacja Polsko-Niemieckiego Pojednania.
Zdzisław SZPROCH
Gazeta Drezdenecka nr 6/97, s. 4