Jerzy Skrzeczkowski
12.06. (sobota) na Stadionie im Józefa Nojiego odbyły się uroczystości związane z 75 – leciem KS „Lubuszanin” Drezdenko. Na uroczystość przybyli: prezes Lubuskiego ZPN Robert Skowron, członek Zarządu Andrzej Graczyk oraz przew. Komisji Odznaczeń Arkadiusz Dąbrowski. Uhonorowano i odznaczono najbardziej zasłużonych działaczy klubu. W uroczystości udział wzięli przedstawiciele władzy samorządowej, Starosta Strzelecko – Drezdenecki Bogusław Kierus i Burmistrz Drezdenka Karolina Piotrowska.
Wśród odznaczonych jest niezwykle zasłużony dla Lubuszanina doskonały dawniej piłkarz i kreatywny działacz Zarządu Jerzy Skrzeczkowski (72 L.) Otrzymał on z rąk R. Skowrona Złotą Odznakę Honorową nr 25/2021, a z rąk prezesa Klubu Adama Wojcieszaka pamiątkowy medal. Na awersie medalu są daty 1946 – 2021, nazwa Lubuszanin Drezdenko i liczba 75. !4 czerwca (poniedziałek) odbyłem z nim dłuższą rozmowę , a jej streszczenie przedstawiam Czytelnikom Gazety Drezdeneckiej.
Zdzisław Szproch: Kiedy po raz pierwszy zetknąłeś się z piłką?
Jerzy Skrzeczkowski: Na podwórku przed moim domem w Piszu, przy ul. Polnej. Z grupą chłopców grywaliśmy szmacianką, bo rodzice nie byli zainteresowani, aby kupić nam piłkę z prawdziwego zdarzenia. Niekiedy wchodziliśmy grać na stadion Mazura Pisz, który był zlokalizowany w pobliżu naszej ulicy.
– Kto pierwszy zauważył, ze masz „iskrę Bożą” do gry w piłkę nożną?
– Trener Mazura Pisz Zenon Modzelewski, dobry piłkarz i bystry obserwator. Zachęcał mnie , abym trenował razem z młodzikami.
– Pierwszy znaczący sukces?
– Startowałem w drużynie SP nr 1 w turnieju powiatowym pod hasłem „Szukamy piskiego Pelego”. Reprezentacja nasza zwyciężyła, a ja zdobyłem największą liczbę bramek. Wtedy przylgnął do mnie pseudonim „Pele” i tak już zostało. Początkowo bardzo mi to imponowało, ale po czasie zrozumiałem, że jest on na wyrost, ale nie starałem się nigdy tego prostować.
– Jak znalazłeś się w Lubuszaninie?
– Po ukończeniu SP w Piszu, dzięki zawirowaniom życiowym, znalazłem się w Gościmiu, skąd pochodził mój ojczym. Mama załatwiła mi naukę w ZSZ w Drezdenku i praktykę u mistrza szklarskiego Jarosława Jenneka, na ul Kościuszki 36. I tak związałem się z rzemiosłem szklarskim, któremu jestem wierny do dnia dzisiejszego. Doskonaląc swoją profesję na kursach i szkoleniach doszedłem 29 lutego 1972 r. do dyplomu mistrza, uprawniającego do samodzielnego prowadzenia warsztatu, i jednocześnie uzyskałem możliwość szkolenia uczniów. W ZSZ wziął mnie pod opiekę Władysław Jamroz, nauczyciel wych. fiz. , piłkarz i późniejszy trener. To pod jego opiekuńczymi skrzydłami rozpocząłem grę w I Lubuszaninie, mając zaledwie 16 lat. I tak przez 18 lat piłka nożna zawładnęła niemal całym moim życiem. Ale nadal prowadziłem warsztat szklarski, bo z piłki nie dało się wyżyć.
– Jak dużo bramek strzeliłeś swoim przeciwnikom?
– Nikt nie prowadził, na dłuższą metę, rejestru strzelonych bramek przez poszczególnych zawodników Lubuszanina. Ale zdarzały się mecze, na których nie zdobyłem żadnej bramki. Wtedy niewykorzystane sytuacje śniły mi się po nocach. Kibicom najbardziej podobały się bramki strzelone w sytuacjach wyjątkowych, do których należały np. bramki zdobyte z oddalenia, strzałem pod poprzeczką, w sytuacji ich bramkarz wychodził poza swoje pole. Mnie natomiast bardzo cieszyły „bramki meczowe”, które ustalały wynik spotkania. Tymi cieszyłem się najdłużej i była to radość niezwykle budująca.
– Wielu znawców futbolu twierdzi, ze młody zawodnik więcej zyskuje podpatrując starszych, doświadczonych kolegów niż poprzez wskazówki i pouczenia trenera.
– Myślę, ze jest to prawda, gdyż np. ja bardzo dużo zyskałem podpatrując prawego obrońcę Pawła Rogielskiego, który mi imponował nie tylko grą na boisku, ale także doświadczeniem i życiową mądrością. Niekiedy braliśmy ciężar meczu na siebie, on w obronie, a ja w pomocy , rozdzielając piłki, w stosownej chwili, na skrzydła lub na środek ataku.
– Maradona w ćwierćfinałowym meczu MŚ w 1986 r., w Meksyku, przedryblował 9 Anglików i strzelił 2. bramę rywalom z boiska. A jakim sukcesem, w tym względzie, może poszczycić się Jerzy Skrzeczkowski?
– My nie przywiązywaliśmy w Lubuszaninie dużej wagi do dryblowania, sądząc, ze piłka podana nogą jest zawsze szybsza od dryblingu. A odpowiadając na pytanie wprost: chyba nie udało mi się w czasie meczu przejść więcej jak 4-5 zawodników drużyny przeciwnej.
– A jak było z podbijaniem piłki nogą?
– Nie ćwiczyłem podbijania piłki nogą, a jedynie sporadycznie odbijanie piłki głową. I w tym doszedłem do liczby 160, co stanowiło rekord Klubu. Najbliższym kolegom udawało się osiągać liczbę 70 – 80, co stanowiło już znaczny sukces.
– Byłeś w latach 1965 – 1980 najlepszym piłkarzem Lubuszanina, szanowanym rzemieślnikiem, jeździłeś podziwianymi samochodami, miałeś rzucającą się w oczy osobowość, mogłeś podobać się dziewczętom. Czy złamałeś dużo serc niewieścich?
– Wbrew pozorom nie miałem wielkich sukcesów w miłości. Piłka nożna, warsztat rzemieślniczy, opieka zdalna nad dziadkami ( często wyjeżdżałem do Pisza) absorbowały mnie do tego stopnia, że nie wystarczało czasu na miłe życie towarzyskie. A poza tym miałem narzeczoną, Ewę Kujanek, która bacznie śledziła moje zachowania poza pracą zawodową.
– W publikacji Zygmunta Marcinkowskiego „Drezdenecki Klub Sportowy „Lubuszanin”, 1946 – 1996”, na str. 88, jest spis przyjaciół, którzy wspierali DKS lubuszanin, a wśród nich jest także wymieniony Zakład szklarski J. Skrzeczkowskiego. Jak to skomentujesz?-
Całym sercem byłem i jestem za naszym Klubem, który lubię, szanuję i kocham, i w miarę moich skromnych możliwości wspierałem go okazjonalnie finansowo. Ale nie były to imponujące sumy, dlatego nie będę tego szerzej komentował.
Które miasto bardziej kochasz Pisz czy Drezdenko?
– Jestem zakochany w Piszu, gdzie spędziłem dzieciństwo i wczesną młodość, bo jakże nie kochać jednego z najpiękniejszych miast na Mazurach. Ale kocham także Drezdenko, które ukształtowało mnie w pełni i uczyniło osobą rozpoznawalną nie tylko przez piłkarzy i kibiców, ale także przez rzesze mieszkańców naszego miasta i okolicznych miejscowości.
– Będąc niejako u szczytu swoich możliwości zacząłeś stopniowo wycofywać się z gry w piłkę nożną.
– Kiedy po 1982 r. weszliśmy do III ligi obciążenia treningowe wzrosły do tego stopnie, że stanąłem przed niezwykle ważnym dylematem życiowym: warsztat szklarski albo piłka nożna. Konieczność życiowa zmusiła mnie do wybrania tego pierwszego, co dawało stabilizację życiową i większe pieniądze.
– Czy dziś nie żałujesz tej decyzji?
– Nie , bo sukces materialny w piłce nożnej jest bardzo trudny do osiągnięcia, gdy ja w tym czasie miałem już warsztat szklarski i w miarę ustabilizowaną sytuację życiową.
– Jak oceniasz politykę transferową Lubuszanina w latach 80. XX wieku?
– Pod koniec lat 70. XX w ambicje Zarządu, piłkarzy i kibiców sięgały III ligi. W tym celu pozyskaliśmy ambitnego, zakochanego w piłce, trenera z Pisza, Pawła Phala (†). On to poświęcił piłce serce i duszę, i po dwóch latach uporczywej pracy wprowadził Lubuszanina do III ligi. Ale już pierwszy sezon, lata 1982/1983, wykazał, że potencjał osobowy naszego Klubu nie przystaje do poziomu III ligi. Zaistniała więc konieczność wzmacniania składu osobowego I drużyny. Za prezesury Krystiana Gonery, lata 1974 – 1987 ( przerwa jednoroczna, prezes Adam Jakuszko) pozyskaliśmy ok. 25 zawodników, głownie z Lecha i Olimpii Poznań, z Gorzowa Wlkp., Pisza, Kostrzyna, Chemika Police, a nawet z Przytocznej. Miłośnicy piłki nożnej z Drezdenka i okolic mogli podziwiać zawodników z wyższej półki piłkarskiej. Byli to m. in.: Kazimierz Zarzecki, Marek Kopeć, Dariusz Choczaj, Andrzej Niecko, Witold Pieloch, Zenon Mikołajczak, Ryszard Szpakowski, Tadeusz Babij, Robert Skowroński, Wiesław Kaczmarek, Karol Brodowski.
Dalsza historia Klubu uświadomiła działaczom smutną prawdę: Drezdenko jest zbyt małym miastem, aby ze względu na koszty, utrzymać III ligę na dłuższą metę. Transfery na krótką metę, moim zdaniem, spełniły pozytywną rolę, bo dostarczyły z dawna oczekiwanych przeżyć, emocji i doznań dla rzeszy miłośników piłki nożnej także z okolicznych miast i wsi. W świetle historii Lubuszanina wyłania się postulat – kluby piłkarskie, zwłaszcza niższych klas, powinny opierać się na własnych wychowankach, sięgając po posiłki jedynie w sporadycznych okolicznościach.
– Jesteś szczęśliwy w życiu małżeńskim?
– Dziękuję opatrzności bożej, że pozwoliła mi spotkać, na mojej drodze życia Mariannę, dziewczynę z Mazur, osobę pracowitą i mądrą, dzięki której przeżyliśmy już w harmonii i szczęściu rodzinnym 40 lat, mimo iż w ostatnich latach mieliśmy trudny, ale to bardzo trudny okres w życiu.
– Myślę, że jesteś dumny ze swoich dzieci.
– Kuba ukończył filologię angielską na Uniwersytecie im A. Mickiewicza i pracuje w Wyższej Szkole Języków Obcych im Samuela Bogumiła Lindego w Poznaniu. Ma też uprawnienia tłumacza konferencyjnego, co jest niezwykłą rzadkością. Julia ukończyła Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Poznaniu i pracuje w dziale księgowości, w firmie MAN, która produkuje autobusy, samochody ciężarowe i dostawcze, a także m. in. silniki. Julia ma już rodzinę, a Kuba jest nadal singlem.
– Powiedziałeś, że miałeś okres ciężki w Twoim życiu. Co się na to złożyło?
– W latach 2010 – 2015 miałem trzy bardzo ciężkie operacje chirurgiczne; dwie w Szpitalu Onkologicznym na Garbarach w Poznaniu, związane z usuwaniem guzów w szyjnych węzłach chłonnych (strona prawa), a jedną w 2015 r. w Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu Medycznego, na ul. Przybyszewskiego, też w Poznaniu. Ta ostatnia dotyczyła usuwania nowotworu szyi (chłoniaka), usadowionego także w tym samym miejscu, co poprzednie guzy. W szpitalu na Przybyszewskiego staranną opieką otoczyła mnie żona Tomasza Dyka, byłego mieszkańca Drezdenka. Po operacji przeszedłem najpierw radioterapię, a później chemioterapię. Schudłem 15 kg i z trudem dochodziłem do siebie. Ale główny ciężar opieki nad chorującym mężem spadł na barki mojej żony Marianny (60 l.), z wyksztalcenia pielęgniarki. Jeździła ze mną do Poznania na chemię i konsultacje, w domu zastosowała reżim żywieniowy, zgodny z zaleceniami lekarzy, otoczyła mnie ciepłem i serdecznością, co także miało przemożny wpływ na stopniowe dochodzenie do siebie. Nastąpiło całkowite cofnięcie choroby i dziś jestem zdrowy.
– Przez warsztat przewija się wiele ludzi. Niektórzy z nich opowiadają ciekawe historie. Czy mógłbyś przytoczyć jedną z ciekawszych, która może zainteresować naszych Czytelników?
– 2 kwietnia przyszedł do warsztatu pan z Drawska i prosił o zaszklenie jednego skrzydła szafki z półkami, wyjaśnił przy tym jak doszło do stłuczenia. Gdy w czasie meczu piłkarskiego Anglia – Polska na Wembley,31 marca br., pomocnik Jakub Moder strzelił, dumnym i wyszkolonym technicznie Anglikom, gola z radości podskoczyłem do góry, a opadając stłukłem szybę w jednym skrzydle szafki z półkami, która stoi obok telewizora. Zaskoczony wyjątkowością zdarzenia i niezwykłymi emocjami kibica zapytałem o szczegóły. Wyjął dowód i pokazał, że nazywa się Mariusz Moder i po chwili dodał, że jest ojcem reprezentanta Polski Jakuba Modera. Złożyłem mu serdeczne gratulacje, on wręczył mi koszulkę syna z Lecha Poznań, z nr 16 i obiecał, ze wkrótce przywiezie mi koszulkę syna z Brighton z Anglii, gdzie aktualnie gra jego syn. Ten przykład jest dowodem na to, że życie potrafi nas zaskakiwać i to bardzo.
– Czy cieszysz się życiem?
– Po pokonaniu raka cieszę się coraz bardziej pięknem tego świata i harmonijnym życiem w mojej rodzinie. Szczególną radość sprawia mi mała Laura, wnuczka, córka mojej Julii. Codziennie, gdy budzę się rano, to przede wszystkim sprawdzam, czy żyję. Jeśli żyję, to po porannych czynnościach i śniadaniu idę do pracy. Częsty kontakt z różnymi ludźmi dodaje mi energii, moje życie czyni ciekawszym i jednocześnie obliguje do dalszej pracy. Pracował będę tak długo, jak długo pozwoli na to zdrowie.