Lucyna Schiesler z d. Różycka 19 lipca 2011r. w miejscowości Gościm na ziemi Lubuskiej z rodziną
Wstęp
Losy Lucyny Buśko-Schiesler z domu Różyckiej, pochodzącej z Wołynia a po wojnie zamieszkałej na Ziemi Lubuskiej, ilustrują przeżycia wielu Wołynian, którzy osiedlili się w naszym regionie.
MieszkankęGościmia, Lucynę Buśko-Schiesler (Różycką) znałem z widzenia od 1956 roku. Codziennie w drodze do pracy przechodziła obok szkoły, w której uczyłem. Niekiedy bywałem w sklepie spożywczym, w którym wtedy pracowała. Przy okazji zakupów, miałem okazję dyskretnie popatrzeć na tę kobietę o niezwykłej orientalnej urodzie. Jej ciemna karnacja i duże oczy w kształcie migdałów, pełne zadumy i melancholii, robiły wrażenie na każdym, kto widział ją po raz pierwszy. Nie byłem wtedy wystarczająco spostrzegawczy, aby zauważyć, że nawet w lecie, by zasłonić łokcie, nosiła bluzki z długimi rękawami. Wówczas wiedziałem już, że pochodziła z Wołynia, a członków jej rodziny wymordowali banderowcy z UPA. Wraz z mężem Piotrem pracowała w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska”, on w biurze, ona w sklepie. Wychowywali dwójkę dzieci, Danutę i Krzysztofa, które chodziły do Szkoły Podstawowej w Gościmiu. I choć Lucyna bywała czasem w szkole, nigdy nie zaistniały sprzyjające okoliczności, aby zapytać ją o przeszłość związaną z Wołyniem. Lucyna utrzymywała koleżeńskie kontakty z nauczycielką języka polskiego, Aleksandrą Zemstową, która wraz z mężem, w obawie przed represjami ze strony władz komunistycznych schroniła się w Gościmiu na Ziemi Lubuskiej. Ale i tu znaleźli ich komuniści i otoczyli „opieką”, która owocowała częstymi kłopotami małżeństwa w pracy.[1] Prawdopodobnie bliskie sąsiedztwo oraz brzemienne w skutkach, choć krańcowo różne, przeżycia rodzinne zbliżyły Lucynę i Aleksandrę do siebie. Pierwszą sondażową rozmowę z Lucyną Schiesler, która po śmierci pierwszego męża Piotra Buśki wyszła ponownie za mąż, odbyłem wiele lat później, tj. w czasie, kiedy jej najmłodszy syn Cezary, urodzony dopiero w 1968 roku dorósł, założył własną rodzinę i zamieszkał w rodzinnym domu, razem z mamą. Towarzyszył mi Andrzej Depo, który dużo wiedział o losach rodziny Różyckich z Mikołajpola, gm. Werba, pow. Włodzimierz Wołyński. Później wielokrotnie rozmawiałem z Lucyną, pogłębiając wiedzę o tym, co w latach 1943-1944 działo się na Wołyniu. Sprzyjał temu fakt, iż moja teściowa w końcu lat 70. kupiła dom sąsiadujący z domem Lucyny Schiesler. Dość często odwiedzałem rodzinę, dlatego miałem okazję porozmawiać z Lucyną. Po jakimś czasie zacząłem spisywać jej tragiczne wspomnienia To właśnie one oraz rozmowy z Cezarym, który będąc wielokrotnie na Wołyniu w miejscach, gdzie mieszkała w przeszłości jego rodzina, poszerzył i uściślił wiele wątków, posłużyły do napisania poniższego tekstu.
Rodzina Różyckich w Poromowie i Mikołajpolu. Ojciec Lucyny, Roman Różycki, pochodził ze wsi Żółkiewka koło Krasnegostawu, w województwie lubelskim. Miał trzech braci: Stanisława, Marcina, Tadeusza i dwie siostry: Stefanię i Marię. Rodzina posiadała młyn, ale nie gwarantował on godziwego życia wszystkim dzieciom, dlatego Roman zaryzykował i po odzyskaniu niepodległości przez państwo polskie wyjechał na Ukrainę. Osiedlił się we wsi Staje, pow. Rawa Ruska, woj. lwowskie. Zatrudnił się w miejscowym młynie. Miał wtedy 27 lat. Tu poznał piękną, młodą wdowę Marię Darowską, z domu Legierzyńską, która wychowywała dwóch synów z pierwszego małżeństwa – Władysława i małego Michała. Nie stanowiło to przeszkody do zawarcia związku małżeńskiego, który okazał się harmonijny i bardzo szczęśliwy do 1939r., a później w miarę szczęśliwy, aż do roku 1943.
W 1935 roku Różyccy przenieśli się do Poromowa (5 km w linii prostej od Bugu), w powiecie włodzimierskim. Tu Roman wraz z zaprzyjaźnionym Ukraińcem kupili młyn, który stał się źródłem ich utrzymania. Lucyna, wtedy już siedmioletnia, zaczęła uczęszczać do miejscowej szkoły, w której większość uczniów stanowiły dzieci ukraińskie. W Poromowie mieszkało tylko pięć rodzin polskich, w tym Ignacy i Maria Matwiejczukowie. Mieli oni gromadkę potomstwa: Jana, Stanisława, Bronisława, Marię, Zofię i Leokadię. Ta ostatnia chodziła razem z Lucyną do jednej klasy. Wojnę i mordy na ludności polskiej Matwiejczukowie przeżyli, gdyż zostali wcześniej ostrzeżeni i zdołali uciec na drugą stronę Bugu, do wsi Kobło. Po wojnie osiedlili się na stałe we wsi Szpikołosy. Inna rodzina polska nazywała się Diaczukowie. Ojciec był kowalem, a dzieci miał już dorosłe. Lucyna pamięta troje z nich, tj.: Janinę, Helenę i Stanisława. Stanisław i mąż Heleny służyli w szeregach 27. WDP AK do samego końca, tj. do czasu rozwiązania dywizji w Skrobowie k. Lubartowa, 25 lipca 1944 r. Stosunki między Polakami a Ukraińcami w okresie międzywojennym tylko z pozoru układały się harmonijnie, bo w rzeczywistości nawet dzieci ukraińskie śpiewały niekiedy: „Na churi komary, na dole kasza, utekajte Polake Ukraina nasza”. Mali Polacy nie pozostawali im dłużni i odpowiadali: „Żółta chusta, sine kińce i nam w nosie Ukraińce”. Jednakże było również bardzo wiele przykładów harmonijnej współpracy i szczęśliwych małżeństw polsko-ukraińskich. Najstarszy brat Lucyny, Wiktor, zakochał się w pięknej Ukraince Helenie Czuhaj z Poromowa i żeby ją poślubić przeszedł, wbrew woli rodziców, na prawosławie. Ślub odbył się w cerkwi w 1941 roku. Helena w czasie rzezi wołyńskiej uchroniła swojego ukochanego męża przed makabryczną śmiercią. Przez siedem tygodni Wiktor unikał kontaktu z otoczeniem, a ilekroć nocą pojawiali się żądni mordu banderowcy, tyle razy siedział ukryty w skrytce pod podłogą. Żona zaś, uprzedzona przez zaufaną osobę, wyjaśniała swoim ziomkom, że jej mąż został już zabrany i nic nie wie o jego losie. Bandyci nie dowierzając grozili na odchodne, że jeszcze tu powrócą w odpowiednim czasie. Ale czas, o którym myśleli, nie nastąpił, a małżeństwo Wiktora i Heleny przetrwało szczęśliwie pożogę wojenną oraz rzeź wołyńską, i nadal trwało oparte o szacunek, zrozumienie i miłość. Po wojnie Wiktor pracował we młynie, a po jego znacjonalizowaniu zatrudnił się jako cieśla w miejscowym kołchozie. Zmarł w 2008 roku.
W grudniu 1940 roku, zgodnie z propozycją administracji radzieckiej, Roman Różycki objął duży młyn parowy w poniemieckiej kolonii Mikołajpol, w gminie Werba, pow. Włodzimierz Wołyński. Rodzina, w której oprócz Wiktora i wspomnianej wcześniej Lucyny, było jeszcze pięcioro dzieci, tj.: Stefania, Kazimiera, Wacława, Katarzyna i dwuletni Staś, przeniosła się w nowe miejsce, gdzie znajdował się duży młyn parowy,[2] po Niemcu Prylichu. Było też dobrze utrzymane gospodarstwo oraz starannie prowadzony sad. Ostały się też dwa domy Ukraińców Huda i Siemieniuka oraz dom rodziny polskiej Bolesława i Marii Bojków. W pobliżu kolonii znajdował się kołchoz, założony w posiadłości hrabiego Barańskiego, który wraz z całą liczną rodziną, w odpowiednim czasie, w pośpiechu opuścił swój majątek. Pracowali tam okoliczni mieszkańcy, a po zajęciu Wołynia przez Niemców głównie Żydzi, w tym także dwie znajome Lucyny 19-letnia Róża i 21-letnia Jenta. Żydzi pracowali w majątku do lipca 1942, tj. do czasu, gdy Niemcy, przy czynnej pomocy Ukraińców, zaczęli wywozić ich do getta we Włodzimierzu Wołyńskim.
Po osiedleniu się w Mikołajpolu Lucyna przez pół roku chodziła do szkoły w Gnojnie – dużej ukraińskiej wsi, gdzie było niewiele polskich dzieci, a później do zbiorczej szkoły w Swojczowie, gdzie dzieci polskich było wprawdzie dużo, ale nie stanowiły one większości. Mikołajpol należał do parafii w Swojczowie, gdzie znajdował się duży murowany, pięknie ogrodzony i obsadzony drzewami kościół pw. Narodzenia NMP, a w nim łaskami słynący obraz Matki Bożej Swojczowskiej[3], potocznie zwanej Świczowską. Rodzina Różyckich miała do kościoła ok. 3 km, przez folwark Barańskiego i wieś Helenówkę. Proboszczem parafii był ks. Franciszek Jaworski, ksiądz w średnim wieku, cieszący się powszechnym szacunkiem i uznaniem wiernych. Dbał on o kościół i troszczył się o rozwój mieszanego chóru, do którego należała grupa utalentowanej młodzieży, w tym najstarsza córka Różyckich – Stefania. Talentem wokalnym wyróżniały się dwie Dejerówny z Ludmiłpola. Młodsza z nich, Deoniza, była serdeczną przyjaciółką Kazimiery Różyckiej. Rodzina Dejerów zginęła w drugiej – sierpniowej – fali mordów na Wołyniu. W czasie prób chóru Stefania poznała Jana Turowskiego, urodziwego podleśniczego z Dominopola. Młodzi zakochali się w sobie i w święto Piotra i Pawła w 1942 roku wzięli ślub w Swojczowie. Huczne wesele, na które zaproszono także dwie rodziny ukraińskie, zaprzyjaźnioną rodzinę Siemieniuków i rodzinę synowej Heleny Czuhaj z Poromowa, odbyło się w domu panny młodej.
Wołyński przedsionek piekła. Uśpiony do jesieni 1942 roku wulkan ukraiński wyrzucał z siebie jedynie odpryski w postaci aktów dywersyjnych, sabotażowych i terrorystycznych. Ale od 13 listopada, kiedy dokonano pierwszego masowego mordu we wsi Obórki w pow. łuckim, lawa zaczęła się wylewać, zataczając coraz szersze kręgi. Do gminy Werba dotarła przed Wielkanocą 1943 roku, kiedy to we wsi ukraińskiej Mikulicze (7 km od Mikołajpola) zamordowano dwunastoosobową rodzinę bogatego gospodarza, a ciała wrzucono do piwnicy. Dopiero po trzech dniach, kiedy krowy zaczęły ryczeć z głodu, zorientowano się, co stało się z polską rodziną. Na Wielkanoc tegoż samego roku miała miejsce ostra potyczka między Ukraińcami a Niemcami o majątek Barańskich; ranni i zabici byli po obu stronach. Zwyciężyli Niemcy a mimo to zlikwidowali swój posterunek, który istniał tam od 1941r., dlatego banderowcy poczuli się bezkarni; jawnie jeździli po okolicznych drogach z bronią, podsycając strach i zgrozę wśród mieszkających tu Polaków. Zwerbowali grupę młodych chłopców, a wśród nich Edwarda Korda i Władysława Piwkowskiego, przekonując, iż wspólnie będą przygotowywać się do walki z Niemcami. Chłopców zabrali ze sobą do lasu, z którego ci już nigdy nie wrócili do swoich domów. Mieszkańcom Dominopola nakazali, aby spisy mieszkańców, wraz z obrazkami świętymi, powiesili na drzwiach wejściowych do każdego domu. Organizowali tajne zebrania i mobilizowali się do wielkiej skrytobójczej akcji, która nastąpiła w niedzielę 11 lipca 1943 roku. Miesiąc ten był najbardziej krwawym na Wołyniu. Wtedy zginęło około 20 tys. Polaków, z tego tylko w dwóch najczarniejszych dniach – 11 i 12 lipca – zamordowano około 12 tys. osób.
W powiecie włodzimierskim największą rzeź urządzili banderowcy w Dominopolu, w nocy z 11 na 12 lipca. Doborowy oddział upowców, głównie z Wołczaka, wymordował całą ludność tej miejscowości, liczącą 60 rodzin (490 osób). Akcja ta była wyjątkowo gwałtowna i brutalna. Upowcy wyłamywali drzwi, mordowali nożami, siekierami, widłami itp. Wybili również 20-osobowy oddział polskiej samoobrony, zorganizowany w marcu w Swojczowie przez nauczyciela Celestyna Dąbrowskiego. Uratowało się kilka, a może nawet kilkanaście osób, w tym, na krótki czas, mama Lucyny – Maria Różycka. Na zaproszenie córki Stefanii i zięcia Jana Turowskiego przybyła do Dominopola 8 lipca, aby pomagać przy sianokosach, gotując posiłki rodzinie i trzem kobietom, które pracowały przy sianie. Po kilku pracowitych dniach w niedzielę odpoczywali. Deszcz i zmęczenie zatrzymały ich w domu usytuowanym w środku wioski. Dom składał się z trzech pokoi, kuchni, przedpokoju, korytarza, komory i dobudowanej nieco później altany. Kolacja w niedzielę przedłużała się, gdyż zięć postawił pół litra wódki, aby ugościć teściową, ale ta wzbraniała się przed piciem, podobnie zresztą jak Stefania, która była w siódmym miesiącu ciąży. Kiedy młodzi i starzy Turowscy poszli spać, Maria zmyła naczynia, posprzątała kuchnię i w niej, na leżance, położyła się także. Obawa Marii o los siedmiorga dzieci, z których dwoje najstarszych założyło już swoje rodziny, stawała się coraz większa. Kobieta coraz bardziej żałowała też decyzji o osiedleniu się w Mikołajpolu, otoczonym z trzech stron wioskami ukraińskimi.
Około godziny pierwszej w nocy lub nieco później, grupa banderowców rozpoczęła szturm na drzwi wejściowe od strony wschodniej, tj. od lasu świniarzyńskiego. Maria wybiegła na podwórko od drugiej strony i błyskawicznie zorientowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a instynkt samozachowawczy skierował ją do ogrodu, gdzie ukryła się w krzewach malin. Rękami wykopała niewielkie zagłębienie i czekała z bijącym sercem, kiedy po nią przyjdą. Wieś otoczona szczelną tyralierą band konała w męczarniach. Rozpaczliwe wołania o ratunek, jęki umierających, których dobijano w altanach, na podwórkach, w ogródkach i sadach, przeplatały się z pojedynczymi i seryjnymi wystrzałami, a także ze skomleniem psów, które zabijano jako niemych świadków zbrodni. Świtało, kiedy banderowcy zakończyli „rezanie Lachów” i odpoczywali, racząc się zawartością niektórych piwnic. Kiedy nastała cisza, Maria wbiegła do domu Turowskich, aby zabrać sukienkę i buty. Jej oczom ukazał się makabryczny widok. Stefania cała we krwi leżała martwa na progu, teść córki został uduszony i przykryty własną pierzyną, a jego żona ze zmasakrowaną twarzą była przewieszona przez łóżko w pokoju synowej. Widocznie przybiegła tu sama, aby udzielić pomocy Stefanii, ale „siekiernicy” nie znali litości. Zwłok zięcia nie było w mieszkaniu. Widocznie ratując się wybiegł na zewnątrz i tam został zabity. Maria nie miała czasu na rozpacz i rozpamiętywania. Przez ogród i łąkę pobiegła w kierunku Turii i tu ukryła się w wykopie, który otoczony krzewami, służył zięciowi do produkcji bimbru. Mogła jednak z ukrycia wiele zobaczyć. Ujrzała przede wszystkim grupę upowców, którzy ruszyli w jej stronę, tropiąc ewentualnych zbiegów. Zamarła z przerażenia i przykryta trawą nasłuchiwała swoich prześladowców, ale żaden nie natknął się na kryjówkę, w której leżała. Upowcy wrócili do Dominopola, Różycka odważyła się wyjść ze swojej kryjówki dopiero w środę rano, tj. 14 lipca, i ruszyła do swojego odległego o około 8 km domu w Mikołajpolu. Gdy dotarła do celu, z pobieżnych oględzin zamkniętego domu i pustego podwórka wywnioskowała, iż mąż i dzieci nie żyją. Siadła na ławce i tak została w bezruchu, nie miała sił rozpaczać. Ze stanu odrętwienia wyrwała ją córka sąsiadów, Ukrainka Siemieniuk, wychodząca z obory Różyckich i poinformowała Marię, że choć jej rodacy 11 i 12 lipca wymordowali wielu Polaków, rodzina młynarzowej żyje, ale wyjechała do Włodzimierza Wołyńskiego.Ukradkiem nakarmiła Marię, ale jako lojalna Ukrainka poinformowała przełożonych o powrocie z Dominopola żony młynarza. Ci zaś polecili dostarczyć ją do Lasu Świniarzyńskiego, gdzie skoncentrowane były duże siły nacjonalistycznych ugrupowań ukraińskich. Wkrótce przyjechał jeden z Ukraińców i zawiózł ją w wyznaczone miejsce. Tu Maria przez około dwa tygodnie wykonywała prace kuchenno-porządkowe. Obawiała się śmierci, gdyż banderowcy likwidowali świadków mordu w Dominopolu – tak uczynili z rodziną Ukrymów, która uszła z życiem we wsi, ale została zamordowana na peryferiach Włodzimierza Wołyńskiego. Mimo to Maria miała nadzieję, że zobaczy jeszcze swoje dzieci.
Po rzezi Dominopola Roman Różycki z pomocą starszych córek zapakował do kufra cenniejsze rzeczy i ukrył je w życie. Następnie wzięli, co było możliwe do zabrania i udali się pieszo w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego (ok.15 km). Na peryferiach miasta, przy ul. Lotniczej, Roman wyszukał u jednego z gospodarzy miejsce w stodole i tam rodzina spędziła dwa dni i dwie noce, śpiąc na słomie ułożonej na klepisku.
Włodzimierz Wołyński w tym czasie stał się miastem bardzo przeludnionym, gdyż to głównie tutaj szukała schronienia ludność polska zbiegła przed rzeziami. Powstały ogromne kłopoty kwaterunkowe i żywnościowe. Ludzie biwakowali na placach, ulicach, w stodołach i na podwórkach, a ci, co sprowadzili tu także bydło, konie i trzodę chlewną, nie mieli czym karmić swojego dobytku. Dużą aktywność w niesieniu pomocy uciekinierom wykazywali księża: miejscowy proboszcz kościoła farnego pw. św. Joachima i Anny ks. Stanisław Kobyłecki oraz ks. Andrzej Gładysiewicz. W tych dramatycznych dniach sierpnia i września msze św. w kościele farnym odprawiane były niemal co godzinę. Było bowiem wielu księży, w tym także proboszcz ze Swojczowa ks. Franciszek Jaworski, którzy zdołali wydostać się w odpowiednim czasie ze swoich plebanii i schronili się w mieście, którego banderowcy, ze względu na zdecydowaną przewagę ludności polskiej, nie atakowali. Niepokój o los żony spowodował, że Roman po dwóch dniach postanowił wrócić do domu i rozeznać się w sytuacji. Zabrał ze sobą Lucynę i znajomą Polkę ze Swojczowa, która szła po dwunastoletnią córkę ukrywaną przez zaprzyjaźnioną ukraińską rodzinę. Na podwórzu w Mikołajpolu czekała już na nich grupa agresywnie nastawionych banderowców, a wśród nich był starszy kolega Lucyny ze szkoły w Swojczowie, nazywany tam Cyganem (prawdopodobnie spełniał rolę naprowadzającego). Wywiązała się krótka rozmowa, w wyniku której Roman dowiedział się, iż jego żona żyje.
Następnie banderowcy splądrowali wszystkie pomieszczenia, szukając broni, a znalezione książki spalili w kuchni. Przykazali odjeżdżając, aby młynarz nigdzie nie uciekał, gdyż nic mu nie grozi, bo młyn ma pracować jak dawniej. Następnego dnia Lucyna pożegnała ojca, nie zdając sobie sprawy z tego, że było to ich ostatnie spotkanie i udała się do miasta z poleceniem, aby sprowadzić do domu jej rodzeństwo. W czasie pakowania do powrotu wywiązała się ostra sprzeczka między Kazimierą a Lucyną, w wyniku której ta ostatnia postanowiła pozostać w mieście, aby zwiększyć szanse na uratowanie życia. Tymczasem jej rodzeństwo – Kazimiera, Wacława, Katarzyna i pięcioletni Stasio – wróciło do Mikołajpola pod opiekę ojca, gdyż ich mama, nadal pracowała, pod przymusem, na rzecz Ukraińców.
Polacy pomni tragedii Dominopola najbardziej bali się nocą, dlatego wielu z nich ukrywało się na polach, łąkach, nad rzeką Turią. Różycki przez pewien czas ukrywał swoje dzieci z dala od domu, w jęczmieniu, w którym chroniły się także znajome rodziny Antoniewskich i Wójcickich. Kobiety z tych rodzin roztaczały opiekę nad córkami młynarza, bo mały Staś pozostawał z ojcem w domu.
Po około 10 dniach od uprowadzenia Marii ukraińscy zaopatrzeniowcy z Wołczaka przywieźli dużą ilość zboża do przemiału. Roman Różycki w akcie desperacji postawił warunek – przystąpi do mielenia dopiero wtedy, gdy jego żona wróci do domu, aby opiekować się dziećmi. Poprosił także, aby pozwolono mu odwiedzić Dominopol i złożyć kwiaty na grobie córki. Banderowcy z konieczności przystali na ten warunek i prośbę. Do Dominopola Roman pojechał z czwórką dzieci. Maria już tam była, a on za zgodą UPA poszedł ją odebrać. Maria opowiedziała o śmierci córki, jak się okazało – mąż wiedział o tym już dużo wcześniej. Rodzice złożyli kwiaty na zbiorowej mogile, w której najprawdopodobniej zakopano ciało Stefanii.
Różyccy wrócili do Mikołajpola, gdzie Roman został zmuszony do „spłacania długu” i pracy, w głównej mierze na rzecz Ukraińców. We wrześniu trwał pozorny spokój. Wtedy jeszcze brat Lucyny, Wiktor, mógł odwiedzić rodzinę, ale później było to już niemożliwe, gdyż dwóch uzbrojonych nacjonalistów pilnowało młyna i domowników dniem oraz nocą. Maria zajęła się mieszkaniem i opieką nad dziećmi. W pracy pomagały jej dwie córki, zwłaszcza zaś siedemnastoletnia Kazia. Ale matka Lucyny była już inną kobietą, choć miała dopiero 48 lat, to dramatyczne wydarzenia z ostatnich tygodni uczyniły z niej starą i siwą kobietę. Tymczasem upowcy za pracę we młynie nie płacili, a zbiory z pola zabierali sukcesywnie do swoich świniarzyńskich magazynów, dlatego Różyccy obawiali się śmierci z braku pożywienia. Ale nie zmarli z głodu, lecz zostali zamordowani nocą z 5 na 6 grudnia 1943 roku. O okolicznościach i przypuszczalnym miejscu ukrycia zwłok Lucyna dowiedziała się dopiero po 33 latach, gdy wraz z bratem Wiktorem po raz pierwszy po wojnie pojechała w rodzinne strony. Było to w 1976 roku. Najpierw odwiedzili Gnojno, a później Mikołajpol, gdzie po dawnym młynie pozostał jedynie fragment fundamentu. Rodzeństwo poszło do domu dawnej sąsiadki i jednocześnie koleżanki z okresu szkolnego – Ukrainki Marii Siemieniuk (nazwisko panieńskie). Lucyna przedstawiła się, przypominając okres przyjaźni między nimi. Gospodyni oniemiała. Lucyna przedstawiła cel odwiedzin. „Chcemy się dowiedzieć, w jaki sposób zginęła nasza rodzina i gdzie jest pochowana”. Maria nie potrafiła im nic konkretnego powiedzieć, ale po kolacji mąż Marii, z pochodzenia Rosjanin, pokazując miejsce ukrycia zwłok Różyckich, opowiadał:
Przyszło do mojego teścia trzech młodych banderów i nakazali, aby Siemieniuk pomógł im zakopać zwłoki sąsiadów. Teść odmówił, bo sąsiedzi byli dobrymi ludźmi, z którymi jego rodzina żyła w przyjaźni. Wobec tego będziemy musieli ciebie też zabić i zakopać razem z nimi – oznajmili z wściekłością. Teść uległ więc groźbie i poszedł im pomagać. Zwłoki braliśmy za nogi i ciągnęliśmy przez podwórko do głębokiego dołu wykopanego wcześniej za chlewem, w sadzie. Kazia była bardzo ładną dziewczyną, miała długie czarne włosy; wyrwała się z uścisku jednemu z oprawców i uciekała w pole, ale została zastrzelona. Oprawcami byli młodzi chłopcy z karabinami, których to chłopców teść nigdy przedtem nie widział, dlatego o nic więcej nie pytał.
Nie wiadomo nic więcej o szczegółach mordu rodziny Różyckich – Marii i Romana oraz ich dzieci: Kazimiery, Wacławy, Katarzyny i Stasia. Nie wiadomo również, ile wiosek, kolonii i przysiółków na Wołyniu, Ziemi Lwowskiej i na całej zachodniej Ukrainie zniknęło z powierzchni ziemi, a ich mieszkańcy, polskiego pochodzenia, zostali skrytobójczo zamordowani.
Tymczasem losy Lucyny potoczyły się odmiennie. Ona przeżyła, bowiem wcześniej nie dała się namówić na powrót do Mikołajpola. Taki powrót oznaczałby prawdopodobnie niemożność wydostania się spod „opieki rezunów”, którzy coraz bardziej zacieśniali pierścień wokół młyna i rodziny Różyckich. Lucyna pozostała we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie od 15 sierpnia zamieszkała u rodziny Szymańskich. Jej wyjątkowa orientalna uroda wydała się niektórym podejrzana i zaczęto wokół szeptać, że jest zagrożona jako domniemana Żydówka. Lucyna uzyskała od księdza Franciszka Jaworskiego dokument potwierdzający, iż jest wyznania rzymskokatolickiego. Śmielej zatem poruszała się po mieście w towarzystwie jednego z braci Szymańskich, szukając znajomych, którzy tu się schronili. Tak spotkała Jana Jantosa z Helenówki, któremu banderowcy zamordowali rodziców i dwie siostry, w tym Eugenię – koleżankę Lucyny. To utwierdziło ją w przekonaniu, że powinna pozostać w mieście. W tym czasie zachorowali na tyfus Karol i Maria Szymańscy, u których mieszkała. Mimo troskliwej opieki Lucyny – zmarli oboje w wyniku choroby. Pozostało pięciu synów: Tadeusz, Mieczysław, Stefan, Ludwik i Zygmunt. Trzej najstarsi w obawie przed Ukraińcami, Niemcami lub śmiercią głodową postanowili wstąpić do partyzantki.
Zabrali ze sobą piętnastoletnią Lucynę Różycką, która nie mogła już wrócić do Mikołajpola. Łącznik ppor. Władysława Cieślińskiego „Piotrusia” [4], przebrany za starego woźnicę, zawiózł ich do Wierowa, który obok Bielina był najsilniejszą bazą samoobrony polskiej. Szymańscy nie mieli kłopotów z przyjęciem do kompanii dowodzonej przez ppor. „Piotrusia”, ale na widok Lucyny ten zapytał: „co robi tu to dziecko”? Wspólnie przekonali jednak dowódcę, iż partyzantka jest jedyną szansą przeżycia. Chrzest bojowy przeszła Lucyna w kuchni przy obieraniu ziemniaków i gotowaniu zup. Do jej obowiązków należało także dojenie kilku krów, które partyzanci przyprowadzili wcześniej i z braku stanowisk w oborach, umieścili w stodołach. W październiku 1943 roku dziewczyna została zaprzysiężona we wsi Siedliska koło Bielina i otrzymała pseudonim „Róża”. Razem z Czesławem Czerwińskim, dorastającym chłopcem, otrzymali stosowne do wieku i wyglądu zadanie – zostali łącznikami. Młodociani, odważni, pełni młodzieńczego zapału, przypadkowymi furmankami, a niekiedy rowerami, przeważnie jednak pieszo, docierali tam, gdzie nie dotarłby dorosły mężczyzna. Przez pewien czas przenosili w tajemnicy ważne meldunki między oddziałami: „Łuną”, „Gromadą” i „Osnową”. Często poruszali się po terenach leśnych i podmokłych. Wspólnie z Cześkiem dotarli kilka razy do Włodzimierza Wołyńskiego. W aptece przy ul. Konstytucji 17 Marca, prowadzonej przez por. Jana Kubalskiego „Grota”, spotykali się z łącznikiem o pseudonimie „Janek”, który, pracując przy koniach w niemieckich koszarach, zdobyte uprzednio informacje przekazywał do bazy w Bielinie. Podczas swych niezwykle niebezpiecznych wędrówek spotkali kilka razy Ukraińców, ale znając ich język i stosując wyszukane kłamstwa udawało im się wydostać z opresji.
Wypełniając sumiennie obowiązki małej partyzantki Lucyna nieustannie martwiła się o los najbliższych. Swoje rozterki i obawy przedstawiła dowódcy, który pozwolił jej i pięcioosobowej grupie ochotników na wyprawę do Mikołajpola, celem zabrania stamtąd rodziny młynarza. Pierwszy śmiały wypad zakończył się we wsi ukraińskiej Kohylno, w której partyzanci dostali się w krzyżowy ogień i musieli się wycofać, na szczęście bez strat własnych. Drugi doprowadził ich do wsi Wólka, także ukraińskiej, oddalonej o 3 km od domu Różyckich. Choć poruszali się nocą i zachowywali daleko idącą ostrożność, także tym razem wytropił ich patrol ukraiński i zmusił do odwrotu. Nie podejmowali walki, gdyż siły były nierówne, a tereny wokół opanowane przez banderowców. Rodzinę Różyckich, jak wspomniano wcześniej, zamordowano w nocy z 5 na 6 grudnia 1943 roku, ale wieść o bestialskiej zbrodni dotarła do oddziału, w którym służyła Lucyna, dopiero 10 grudnia. Ból, który wtedy poczuła, towarzyszył jej do końca życia.
Jednak nadal musiała wykonywać swoje partyzanckie obowiązki w kompanii „Małego Piotrusia” (tak podwładni nazywali nieoficjalnie swojego dowódcę), stacjonującej w tym czasie w Wierowie. Nadal, pomagając przy sporządzaniu posiłków i praniu, przechodziła jednocześnie szkolenie wojskowe. Tadeusz Nieradko, przydzielony do tego zadania, nauczył ją posługiwania się bronią krótką i długą, choć w akcjach osłaniających ludność polską dziewczyna nie brała udziału.
W styczniu 1944 roku nastąpiła mobilizacja oddziałów konspiracyjnych na Wołyniu. Oddział „Piotrusia” wszedł w skład 1 batalionu 23 pp, zapisując się licznymi bohaterskimi walkami w szeregach 27. WDP AK. Działania bojowe dywizji przeciwko niemieckim garnizonom w Kowlu, Włodzimierzu, Lubomlu oraz regularnym, wycofującym się jednostkom Wehrmachtu rozwścieczyły Niemców. W dniach 7-18 kwietnia 1944 wprowadzili oni do walki lotnictwo, które zbombardowało wiele miejscowości, w tym także: Bielin, Hajki, Janin-Bór, Mariankę, Wierów i Siedliska. 9 kwietnia 1944 roku, w pierwszy dzień świąt wielkanocnych, powtórzono bombardowanie Bielina, a po zestrzeleniu samolotu nad Wierowem[5] Niemcy nasilili i rozszerzyli swoje działania z powietrza.
W jednym z tych nalotów zginęło kilka osób cywilnych, zaś „Róża” została trafiona odłamkiem pocisku w prawe ramię. Gdy się ocknęła, leżała w stodole na słomie, z krwawiącą raną i temperaturą powyżej 40⁰ C. Co prawda oddział miał sanitariuszkę Aleksandrę Woźniakowską „Wierną”, ale szpital polowy, w którym pracowała, po 7 kwietnia zmieniał miejsca postoju i jego lokalizacja nie była znana. Ponadto rana była zbyt poważna, aby można było ją wyleczyć w polowych warunkach. Z tego powodu dwaj przyjaciele nocą przewieźli Lucynę wozem do Włodzimierza, a stąd na drugi dzień do wsi Rozięcin k. Hrubieszowa. Z Rozięcina jeden z gospodarzy zawiózł ją do Chełma, do szpitala Polskiego Czerwonego Krzyża położonego przy ul. Lwowskiej, gdzie leczyło się wielu rannych żołnierzy 27. WDP AK, wychodzących z okrążenia w lasach mosurskich. Tu poddano ją leczeniu, gdyż okazało się, że odłamek bomby wyrwał jej znaczną część mięśnia dwugłowego i trójgłowego ramienia oraz kawałek przedramienia, ograniczając zdolność wykonywania wielu czynności. Ponieważ bombardowania nasilały się, Lucyna obawiając się, że zginie pod gruzami szpitala, samowolnie opuściła go i schroniła się u rodziny ojca – państwa Filów, mieszkających w Nowinach pod Tomaszowem Lubelskim.
Na Ziemi Lubuskiej. 22 marca 1946 roku wraz z rodziną Filów Lucyna przyjechała do Gościmia, pow. Strzelce Krajeńskie i tu spędziła resztę pracowitego, w miarę unormowanego życia. Wyszła za mąż za Piotra Buśkę w 1950 roku, natomiast Filowie po jakimś czasie przenieśli się do Strzelec Krajeńskich.
Na początku nie było łatwo. Zarobki w latach 50. XX w. były bardzo niskie, dlatego Buśkowie, by mieć dodatkowe źródło dochodów, prowadzili również gospodarstwo rolne. Pracowitość i zaradność decydowały o godziwym życiu rodziny oraz pozwoliły wykształcić troje dzieci – Danutę, Krzysztofa i Cezarego. Lucyna Buśko zmarła 20 kwietnia 2017 roku. Na jej pogrzeb przybyła m.in. delegacja z drezdeneckiego oddziału ZBoWiD-u. Syn Cezary posypał trumnę garścią ziemi przywiezionej z Mikołajpola, a zebranej z miejsca, gdzie stał młyn Różyckich. Tym samym spełnił życzenie zmarłej, wyrażone przez nią wiele lat wcześniej.
Z rodziny Różyckich na Wołyniu zostało zamordowanych, wliczając także zięcia, osiem osób. Jan i Stefania Turowscy zginęli w Dominopolu, w czasie pierwszej rzezi wołyńskiej, w nocy z 11 na 12 lipca 1943 roku. Maria i Roman Różyccy oraz ich dzieci: Kazimiera, Wacława, dziesięcioletnia Katarzyna i pięcioletni Stasio zginęli z rąk ukraińskich oprawców także w nocy, z 5 na 6 grudnia 1943 roku. Przy życiu pozostał najstarszy syn Wiktor, którego uratowała jego żona – Ukrainka Helena Czuhaj z Poromowa – i Lucyna, którą młodzi Szymańscy z Włodzimierza Wołyńskiego zabrali ze sobą, gdy wstępowali do oddziału partyzanckiego Władysława Cieślińskiego „Piotrusia”. O dramatycznych wołyńskich doświadczeniach przypominały jej każdego dnia blizny na ramieniu, dlatego nawet w upalne dni nosiła odzież zasłaniającą łokcie.
PS Artykuł o zbrodniach na Wołyniu, a szerzej na całej Ukrainie z lat 1942-1944, powstał w oparciu o przeprowadzone z Lucyną Buśko-Schiesler rozmowy oraz wspomnienia innych naocznych świadków, bez możliwości pełnej ich weryfikacji. Trwają jednak starania rodzin, by poznać jak najdokładniej okoliczności tamtych zbrodni. Niedawno Cezary Buśko, najmłodszy syn Lucyny, nawiązał kontakt z mieszkającą w Puławach wnuczką Władysława Cieślińskiego „Piotrusia”. Zamierza on, po unormowaniu stosunków polsko-ukraińskich w kwestii ekshumacji, doprowadzić do przewiezienia zwłok rodziny z Dominopola i Mikołajpola na cmentarz do Gościmia.
[1] Aleksandrą interesowało się UB ze względu na działalność brata ppor. Jana Ciasia „Kulę” (1915 -2004), cichociemnego – kuriera jednego z 28 kurierów MSW do Delegatury Rządu w Londynie, posiadającego Znak Spadochronowy 0281. Po zrzucie z 12 na 13 kwietnia w ramach operacji Weller 14 (Bełżyce k. Lublina) działał na Kielecczyźnie, głównie w rejonie Gór Świętokrzyskich. Po wojnie, wraz z zoną, zamieszkał w Jaworzynie Śląskiej.
[2] Współcześnie większość młynów ma napęd elektryczny, ale od początków XVIII wieku do pierwszej połowy XX w popularne były młyny napędzane silnikiem parowym. I taki młyn był w Mikołajpolu, zbudowany prawdopodobnie przez Niemca Prylicha.
[3] 31 sierpnia 1943 roku Ukraińcy dwukrotnie bezskutecznie próbowali wysadzić kościół, ale obraz ocalał. Dwie Ukrainki przeniosły obraz do cerkwi w Swojczowie, skąd, dzięki staraniom ks. Franciszka Jaworskiego, trafił do kościoła farnego we Włodzimierzu Wołyńskim. Obecnie obraz Matki Bożej Swojczowskiej, Pani Wołynia, znajduje się w prawej bocznej kaplicy kościoła parafialnego św. Wincentego a Paulo w Otwocku.
[4] W sierpniu 1943 roku w Spaszczyźnie, w grupie zabudowań zwanych Klinem (Obwód AK Włodzimierz Wołyński, odcinek Północ, pododcinek 1) zawiązał się lotny oddział partyzancki AK, przeznaczony do celów samoobrony na stosunkowo rozległym terenie. Jego organizatorem był harcmistrz Władysław Cieśliński „Piotruś”, dysponujący początkowo 11 ochotnikami. Oddział „Piotrusia” szybko osiągnął rozmiary kompanii, liczącej około 80 ludzi.
[5] Por. J. Turowski, Pożoga. Walki 27 Wołyńskiej Dywizji AK, Warszawa 1990, s. 303.