Ocalić od zapomnienia. Młodość zostawiłem swą w Stanisławowie, dawniej gm. Czermno, obecnie zaś gm. Fałków, pow. konecki, woj. dawniej kieleckie, a obecnie świętokrzyskie.
Fritz Riemann: „Oblicza lęku” Jeśli zbyt intensywnie wpatrujemy się w przeszłość, to łatwo dać się zawładnąć żalom”.
Schulz napisał: „Być w dzieciństwie, to znaczy znajdować się w ojczyźnie baśni”.
Dom rodzinny i matka to synonimy.
„Nie można drugi raz żyć od początku”.
Dziecinne przypomnienia nigdy pięknym być nie przestaną.
„W młodości uczymy się, w dojrzałym wieku rozumiemy”.
Ślub rodziców. Rodzice pobrali się 25 lutego w 1930 r. Zamieszkali w mniejszym pokoju domu rodzinnego, w którym od północy był piec kuchenny. Przyszła mama miała wtedy 22 lata, a ojciec 25 i był już po wojsku, gdzie zdobył uprawnienia kierowcy i jednocześnie czołgisty. Służbę odbywał w różnych miejscach, m. in.: w Biedrusku k. Poznania, a także na Kresach Wschodnich, tj. Kowlu, Włodzimierzu Wołyńskim, Łucku, Sarnach, Stryju, Kołomyi, Gródku Jagiellońskim i Włodawie. Mama, jako panienka, przez trzy kolejne lata pracowała w Niemczech. Był to kraj związkowy – Saksonia – Anhalt, powiat ziemski Borde, u bauera, który miał swoją posiadłość w pobliżu miasteczka Oschersleben. Syn bauera proponował Józefie Wilk małżeństwo i pozostanie w Niemczech, ale moja przyszła mama wolała biednego Polaka niż bogatego Niemca. Razem z nią pracowała m.in. Wiktoria Jurek. Cały zarobek z jednego sezonu został skradziony przez przypadkowego wędrowca (czytaj złodzieja), któremu rodzina udzieliła noclegu. Za Jana Szprocha ze Stanisławowa, co wynikało z jej późniejszych sporadycznych wypowiedzi, wyszła z dwóch względów, był on wyjątkowo ładny i dużo obiecywał. Obiecywał np., że nie będzie musiała ciężko pracować w polu, gdyż on w kuźni zarobi na ludzi, którzy pole obrobią. Ojciec nigdy nie mówił o motywach, które skłoniły go do ożenku z mamą. Myślę, ze głównymi czynnikami były: uroda mamy, bliskie sąsiedztwo i ewentualne wiano, które gwarantowało łąkę i pastwisko. Rodzice ojca – Feliks i Katarzyna – nie byli zadowoleni z ożenku z mamą, Główny zarzut, o którym mama niekiedy wspominała, to twierdzenie, że Józefka (tak ją nazywali ) była biedna. Chcieli ożenić syna z panną pochodzącą z bogatej rodziny. Pod uwagę brano córkę młynarza z Rudy Pilczyckiej, ewentualnie Wiktorię Sztanderę z Piskorzeńca. Ta ostatnia, o dziwo, była na weselu. I kiedy ojciec, w pewnym momencie się do niej zbliżył, uronił kilka łez, Scenę ukradkiem zobaczyła mama i w późniejszych utarczkach słownym wypominała ojcu tę dwuznaczną sytuację. Okazuje się, że wyjątkowo mały, ale jakże znaczący, szczegół może rzutować na całe przyszłe życie.
Życie rodziny w latach 1930 – 1939. Czas do 1936 roku można uznać za najszczęśliwszy w życiu moich rodziców. Pierwsze dziecko – Mietek przyszło na świat 1 stycznia 1931 r. Ojciec pracował krótko jako kierowca autobusu, którego właścicielem był Żyd z Radoszyc. Później przez kilka lat jeździł zdezelowanym samochodem ciężarowym, który należał do braci Bińkowskich z Rudy Pilczyckiej. Ale pod naciskiem mamy, po spowodowaniu dwóch niegroźnych w skutkach kolizji, jedna pod Kielcami a druga w Łodzi, porzucił zawód kierowcy i zajął się kowalstwem. Dziadek Feliks zmarł na gruźlicę 10 marca 1936 r. Ojciec czuł się w obowiązku pomagać materialnie swojej mamie, która pozostała z trzema synami, a tylko najstarszy – Zygmunt był już w pełni dorosły. Zrodziło to kolejny konflikt na linii mama – teściowa, gdyż mama była niezadowolona z faktu, że ojciec zbyt mocno angażował się w pomoc swojej mamie – Katarzynie. I dawała temu wyraz. Teściowa się rewanżowała, formułując złośliwe i dokuczliwe komentarze, które rozpowszechniała wśród osób z najbliższego otoczenia. 12 września 1936 r. (sobota, słoneczny dzień, godz. 17.00) ja przyszedłem na świat i fakt, że byłem chłopcem, a nie oczekiwaną z utęsknieniem dziewczynką mocno zdziwił i zaskoczył rodziców. Poród odbierała akuszerka Barbara Smolna ze Skąpego, siostra Zająca z Borowy. Gdy wybuchła II wojna światowa miałem prawie trzy lata (bez 11 dni). Wrzesień 1939 r. był bardzo ciężki dla mamy. Ojciec był na wojnie (bitwa nad Bzurą, obrona Lwowa), mama była w 8 miesiącu ciąży, a w domu było jeszcze dwóch małych chłopców. Na widok pożaru w Czermnie, spowodowanego bombardowaniem niemieckim 2 września schowaliśmy się, wraz z sąsiadami, w Lesie Rudzkim, w gęstym kompleksie dorastających olch. Mama niosła mnie na ręku, w czym nie pomogła jej teściowa, zajęta opieką nad wnukiem swojego drugiego męża-Adama Barana. Zdarzenie to wspominała z żalem i smutkiem, kiedy chciała podkreślić niechęć do niej teściowej. Pilot niemieckiego samolotu zauważył naszą grupę i puścił serię z karabinu maszynowego, ale na szczęście nikomu nic się nie stało.
Ojciec był człowiekiem wielkiej dobroci i łagodności. Nigdy nie słyszałem, aby krzyczał na mamę lub wypowiadał wulgarne słowa przy żonie lub dzieciach. Był lękliwy z natury i to wyznaczało jego stosunek do bliskich i znajomych. Unikał konfliktów i następstw stąd wynikających. Pracował ciężko, gdyż kuźnia była stara i z braku energii elektrycznej wszystko trzeba było robić ręcznie. Najtrudniej było naciągać obręcze na drewniane koła od wozów. Niezwykle niebezpieczną czynnością było kucie koni młodych, jeszcze nie ujeżdżonych (gwarowo norywistych). Musiał wtedy stać za prowizorycznym kojcem, który go chronił przed ewentualnymi kopnięciami. Kucie koni było jego specjalnością . Nawet hrabia Władysław Zamoyski z Rudy Pilczyckiej, mimo iż miał u siebie kuźnię i kowali, przyjeżdżał do ojca, aby dobrze podkuć swoje konie. Zwracał się do ojca „panie mistrzu”. Można powiedzieć, że ojciec miał ręce twarde, ale serce miękkie. Opłaty za prace kowalskie różnicował, uzależniając od je od stanu zamożności klienta. Zdawał sobie bowiem sprawę z tego, iż wioski wokół były biedne, a ludzie żyli skromnie. Ale było także kilku bogatych gospodarzy, jak np. Zając czy Kluska z Borowej, czy też Władysław Bartocha i Jan Wilk z Piskorzeńca. Ci płacili solidniej, a po każdej wizycie u kowala stawiali pół litra. Ojciec się nie wzbraniał przed piciem, ale mama zawsze odmawiała. W okresie mojej młodości pracy miał bardzo dużo, bo do kuźni przyjeżdżali rolnicy nawet z odległych miejscowości, tj.: z Rudy Pilczyckiej, Budów, a nawet Wojciechowa. W czasie, gdy ja już opuściłem dom rodzinny ojciec, z najmłodszym bratem Włodkiem, zajmowali się głównie robieniem okuć do wozów gumowych i naprawami sprzętu rolniczego. Nie obce było ojcu także rzemiosło ślusarskie. Potrafił zrobić fuzję, nożyczki, a nawet brzytwę. Okazjonalnie naprawiał rowery i motocykle. Mimo iż kształcenie trzech synów dużo kosztowało, zdołał jeszcze wybudować murowaną oborę, w której od strony południowej była letnia niezbyt funkcjonalna kuchnia, a także stodołę, co w dużej mierze ułatwiało gospodarowanie. Krążyła we wsi pogłoska, iż Janek nie jest synem dziadka Feliksa, a synem podleśniczego Korcza, który w pewnym okresie czasu często odwiedzał dziadków. Nazywano go więc Jankiem Korczem. Jak było naprawdę wiedziała tylko babka -Katarzyna, ale ta na ten temat nigdy się nie wypowiadała.
Mama. Szczęście nie mieszkało w jej sercu. Sądziła, że na stare lata zazna ciepła i spokoju u jednego ze synów. Najbardziej liczyła na mnie. Ale nie tylko ja, ale także trzej pozostali synowie nie spełnili pokładanych w nich nadziei. Po śmierci ojca (wylew), co nastąpiło 29 czerwca 1979 r., około godz. 15.00, mieszkała nadal w domu wybudowanym przez ojca, razem z rodziną najmłodszego syna Włodzimierza. Ojciec zmarł w wyjątkowych okolicznościach. Wszyscy jedli obiad przy stole w ogrodzie. W pewnym momencie ojciec wstał i zamierzał iść. Mama zapytała: gdzie ty chcesz iść Janek? Odpowiedział. – Idę do domu, bo będę umierał. I tak też wkrótce się stało. Brat Włodek, choć czuły i wrażliwy, nie potrafił przekazać swych uczuć mamie. Miał przy tym słabość charakterystyczną dla mężczyzn w tych stronach. Moja bratowa z domu Zygała, kobieta pracowita i przedsiębiorcza nienawidziła pijaństwa. Słabość Włodka zwłaszcza do wina rodziła spięcia w rodzinie, bo kiedy brat popił, a żona ostro na to zareagowała, mama stawała po stronie syna i sprzeczka była gotowa. Przybierała ona niekiedy ostry charakter. Mieszkając z rodziną czuła się więc w głębi serca samotna. Samotność tę starała się zabijać przyjaźniami i dość częstymi rozmowami z niektórymi osobami; wśród których byli Adam Tuszyński – sąsiad i Henryka Kalinowska, z naszej wioski, ale jej dom oddalony był od naszego o ok. 800 m. Od 1992 roku codziennie i to przez kilka godzin słuchała Radia Maryja z Torunia. Mama miała żal do ojca, że nie stworzył lepszych warunków do życia, choć miał ku temu duże możliwości, gdyż upatrzył sobie utrzymaną w dobrym stanie kuźnię k. Inowrocławia, ale w ostatnim momencie zrezygnował z wyjazdu. Wypominała mu dość często brak odwagi i kurczowe trzymanie się „matczynej spódnicy”. Mama doskonale zdawała sobie sprawę z tego, iż wyjazd na Zachód stworzyłby podstawy do godziwej egzystencji i dał możliwość, ze względu na bliskość szkół średnich, do kształcenia dzieci bez zbytnich obciążeń finansowych. Bardziej funkcjonalne i wygodniejsze mieszkanie uwolniłoby ją od wielu uciążliwości życia codziennego. Ale kłótni między rodzicami na ten temat nie było. Były natomiast sporadyczne zrzędliwe monologi mamy, które ojciec zbywał milczeniem. Mama, gdy tylko miała wolną chwilę od gotowania : sprzątała, prała, zmywała, nienawidziła brudu i z ogromnym uporem z nim walczyła, nie mając pomocy ze strony synów. Wychowała ich czterech, a wiele lat później pomagała synowej Jance wychowywać dwóch wnuków, Dzidka i Piotrka, nie szczędząc wysiłków, aby wyrośli na zaradnych i wartościowych ludzi. Starania synowej i babki dały pozytywne owoce. Dzidek i Piotrek są dziś dumą rodziny. W końcówce życia ( zmarła 8 grudnia 1998 r., w wieku 90 lat) prosiła syna Włodka i synową Jankę, aby po śmierci pochowano ją nie na cmentarzu parafialnym w Czermnie, gdzie spoczywali już jej syn Janek i mąż także Janek, a na cmentarzu w Pilczycy, gdzie spoczęli jej rodzice. Chciała w ten sposób dać do zrozumienia rodzinie i znajomym, że nie była zadowolona z życia z synem kowala i wrogo do niej nastawioną rodziną Szprochów. Być może myślała także, że jej sprzeciw dotrze także w zaświaty, do nieżyjącego męża. Wnuczek mieszkający z rodziną w Sosnowcu, właściciel firmy Dekorbud Zakład Remontowo-Budowlany Zdzisław Szproch, w dowód wdzięczności za opiekę w okresie dorastania, sfinansował postawienie nowego, drogiego i ładnego pomnika swojej nieżyjacej babci, który stanął na Cmentarzu Parafialnym w Pilczycy, gm. Słupia Konecka. A stało się to w 2019 roku.
Brat Janek ur. 12 października 1939 r. był z natury delikatny, czuły nieśmiały. W Szkole Podstawowej w Borowej uczył się bardzo dobrze. Był chyba najzdolniejszy z całej rodziny, dlatego kier. szkoły Otocki zabiegał o to, aby dalej się uczył. Poszedł w moje ślady i wybrał Liceum Pedagogiczne w Końskich. Ale trudności lokalowe szkoły spowodowały, że jego oddział przeniesiono do LP w Bliżynie, nowej obszernej placówki, wybudowanej dzięki staraniom premiera (1944 – 1947) Edwarda Osóbki Morawskiego, który pochodził z tej miejscowości. Po przyjeździe na święta Bożego Narodzenia Janek zaczął w Czermnie leczyć zęby , gdyż nabawił się zapalenia okostnej, połączonego z silnym narastającym bólem kości. Po wyleczeniu dolegliwości nie wrócił już do Bliżyna. Mama obwiniała mnie, że Janek nie został w Końskich pod moją opieką. Ale ja byłem pionkiem i nie miałem odwagi prosić dyrekcję, aby wyłączyć go z klasy, do której należał i zostawić na miejscu. Poza tym wiedziałem, że warunki w Bliżynie były na owe czasy wręcz komfortowe w porównaniu do tych, jakie mieliśmy w Końskich. Po roku przerwy, za radą najstarszego brata Mietka, rozpoczął naukę w Technikum Łąkarskim w Janowie k. Mińska Mazowieckiego. Szkoła mieściła się w pałacu w pobliżu wojskowego lotniska. Technikum miało skrócony dwuletni program, a Janek ukończył go z wyróżnieniem w 1958 r. Brat bardzo lubił sport. Grał dość dobrze w piłkę siatkową. Reprezentował szkołę w tej dyscyplinie w meczach z innymi drużynami. Znał nazwiska wszystkich piłkarzy brazylijskich, nawet tych rezerwowych, którzy zdobyli mistrzostwo świata w piłce nożnej w Szwecji, w 1958 roku. Niekiedy popisywał się znajomością wielu, spośród wszystkich około 300, traw rosnących w Polsce. Znał ich nazwy zarówno po polsku, jak i po łacinie. Ale w miłości nie miał sukcesów. Myślę, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy był fakt, że nie umiał po prostu kłamać. Po ukończeniu technikum brat Mietek załatwił mu pracę w Rejonowym Kierownictwie Robót Wodnomelioracyjnych w Częstochowie. Pracował w terenie przez 1,5 roku, aż to tragicznej śmierci , tj. do 25 listopada 1959 r. Miał wtedy 20 lat i za 15 dni miał iść do wojska. Zginął w zatargu ulicznym w Dżbowie k. Częstochowy. Poniósł śmierć na miejscu strzałem w lewą skroń, z pistoletu, który zabójca wynosił nielegalnie z Kopalni św. Barbara i tyranizował okoliczną młodzież. Myślę, ze gdyby byli trzeźwi ( poruszał się w grupie młodych pracowników melioracji) nie doszłoby do sprzeczki, przepychanek i w konsekwencji do śmierci brata. Zabójca dostał tylko 13 lat więzienia, bo skutecznie zadziałały tu duże pieniądze, które wyłożył za mordercę jego ojciec. Mama nigdy nie pozbierała się po śmierci Janka. Choć kochała wszystkich synów, to Janek był jej szczególnie drogi, gdyż urodził się w najtrudniejszym dla rodziny czasie i w okresie wczesnego dzieciństwa zaznał najwięcej niedostatków i biedy. Tatuś, gdy przyjechałem na pogrzeb powiedział: „ Skończył się dla nas czas radości i szczęścia. I już nigdy nie będzie tak, jak przed śmiercią Janka.” Mama śmierć Janka przeżywała do tego stopnia, że nie mogła uczestniczyć w pogrzebie. Płakała nieustannie, a ja zostałem przy niej, aby się nią zaopiekować. Nie mogłem jednak znaleźć słów, aby ją pocieszyć. Wszystko na co się zdobyłem to słowa, że Bóg tak chciał, gdyż w pierwszej kolejności zabiera do siebie ludzi najlepszych. Ojciec tłumił w sobie emocje i rzucił się w wir pracy. Ale, jak myślę, przeżywał tragedię na swój sposób. Miał wyrzuty sumienia, że kolejnego syna po Mietku i mnie wysłał w świat, który dla Janka zgotował okrutną śmierć. Postanowił, że ostatni syn – Włodek nie będzie się dalej uczył i zostanie z nim do pomocy w kuźni i w polu. I tak też się stało.
Brat Mietek był najstarszym z rodzeństwa, dlatego w ramach szarwarku, przez kilka miesięcy w 1944 roku pracował przy sypaniu okopów, wchodzących w skład niemieckich fortyfikacji naziemnych, zlokalizowanych na styku Piskorzeńca i Borowej. Jednego dnia, pod koniec października, zmarzł tak bardzo, że Niemiec Paul, nadzorujący pracę Polaków, ulitował się nad nim; dał mu bon dziesięciozłotowy i kazał iść do domu. Mietek pędem ruszył do domu. Inny Niemiec myślał, że młody Polak ucieka z miejsca przymusowej pracy i oddal w jego kierunku strzał. Na szczęście chybił. Wspominając, po latach to wydarzenie, Mietek mówił niekiedy, że gdyby Niemiec umiał dobrze strzelać, dawno by go nie było na tym świecie. Jego edukację przerwała wojna, ale ostatecznie pięć klas Szkoły Podstawowej ukończył w Borowej, a do szóstej i siódmej klasy dojeżdżał 6 km do Czermna. Uczył się dobrze. Lubił szczególnie, podobnie jak ja, historię i geografię, ale i inne przedmioty, poza wychowaniem muzycznym, nie sprawiały mu większych trudności. Po skończeniu szkoły podstawowej złożył dokumenty do Liceum Pedagogicznego w Końskich, ale nie został przyjęty, gdyż nie posiada on słuchu muzycznego, a ten był niezbędny przy grze na skrzypcach, której uczono w liceum. Następnie próbował się dostać do Technikum PP w Poznaniu, na Dębcu, ale i tu go nie przyjęto. Powód: zdaniem lekarza wojskowego miał serce osłabione do tego stopnia, że „żadna szkoła go nie przyjmie”. Dziś, kiedy piszę te słowa, Mietek ma 91 lat i choć jest w Domu Seniora w Załęczu, pow. Wieluń, zachowuje nadal sprawność umysłową i fizyczną. Gdyby wtedy miał chore serce, jak lekarz to wybadał, to nie dożyłby tak sędziwego wieku. Z konieczności więc był jakiś czas w domu i pomagał w budowie nowego domu, wykonując wiele prac pomocniczych pod kierunkiem osób, które budowały ten dom, a byli to Jan Rybak, cieśla i stolarz z Piskorzeńca i Jan Kotwica z Budów, szwagier mojego ojca.
Przez jakiś czas Mietek pracował w biurze Gromadzkiej Rady Narodowej w Czermnie, jako pracownik administracyjny. Później, pod opieką ojca, pojechał na Pomorze, do miejscowości Kolbudy, do Mietka Kędzierskiego (wujek ze strony mamy), który pomógł mu załatwić pracę w Gromadzkiej Radzie w Łęgowie, w charakterze referenta podatkowego. Następnie stacjonarnie skończył Technikum Melioracyjnie w Gdańsku, Oruni. Po rocznej praktyce w Kożuchowie zatrudnił się w Rejonowym Kierownictwie Robót Wodno- Melioracyjnych w Częstochowie. Ożenił się w listopadzie 1955 r. z Heleną Zając, rodem z Waleńczowa (6 km od Kłobucka). Mieszkanie z kwaterunku (M 3) dostali w bloku, w Kłobucku, przy ul. 11 Listopada. Po iluś latach przenieśli się do tzw. „wodomistrzówki, wybudowanej przez firmę, w której pracował. Ale jego marzeniem, inspirowanym przez naszego ojca, było wybudowanie własnego, niezależnego od nikogo domu. Wielkim wysiłkiem finansowym i własną ciężką pracą wybudował go w Kłobucku, przy ul. Małej. Pracę wykonano do tego stopnia, że można się było do niego wprowadzić w 1982 roku, ale nie był on w pełni wykończony, bo na to trzeba było dodatkowych pieniędzy, których rodzina nie posiadała, dlatego Mietek, przy pomocy ojca swojego zięcia, wyjechał do USA, do Chicago i znalazł zatrudnienie w złomowisku, na którym prasowano, cięto i odzyskiwano różne części ze starych i powypadkowych samochodów. Mietek przez cztery lata pracował, niezależnie od pogody, przy taśmie, po której przesuwały się wypłukane odpowiednim płynem części, Wyłapywał części miedziane, izolowane do jednej, a nieizolowane do drugiej beczki. Złomowisko było tylko pod wiatą, a zimy w Chicago są mroźne, dlatego trzeba było ubierać się odpowiednio do tej pory roku. Po czterech latach wysiadł mu staw barkowy prawej ręki i musiał wrócić do kraju. Nigdy nie pytałem brata, ile dolarów zarobił w USA, ale mama się kiedyś wygadała, że było to 30 tys. Duży Fiat 125 p , w wersji eksportowej, kosztował wtedy 2400 dolarów (1988 rok).Pieniądze ulokował w banku dewizowym w Częstochowie. Ale w wyniku reformy Balcerowicza jego oszczędności stopniały do minimum. Stracił prawie wszystko, co zarobił w Chicago. Dom nie został więc w pełni wykończony. Sprawa ta leżała mu głęboko na sercu i rodziła rozterki duchowe, i żal do syna Bogdana, który będąc jeszcze w pełni sił ( po wypadku w Hamburgu i czteroletnim procesie leczenia nie wrócił już do pełni zdrowia) nie zadbał w należytym stopniu o rodzinny dom.
Mietek prawie zawsze w życiu miał pod górkę. Już w Szkole Podstawowej w Borowej, ze względu na skromny ubiór, wzbudził zainteresowanie nauczycielki, pani Kruczek. Do VI i VII klasy dojeżdżał rowerem do SP w Czermnie, odległej od Stanisławowa o 6 km. Z czego 3 km to droga polna i leśna, później bruk, bez wyraźnych poboczy. Pracując w gminie w Łęgowie oszczędzał każdy zarobiony grosz, a w wakacje obgarniał buraki na polach w PGR – ach Lichnowy i Lichnówek. I mimo znacznej pomocy ze strony rodziców, żyło mu się biednie. W czasie praktyki w Kożuchowie zapoznał piękną, nieco starszą od siebie, brunetkę. Ale zanim przyjaźń rozwinęła się na dobre pocztą pantoflową dotarła do niego informacja, że jest ona Ukrainką, pochodzi z Bieszczad i ma na sumieniu śmierć swojego męża-Polaka. Ale dlaczego, do tej pory, nie trafiła przed oblicze sądu, tego wścibscy plotkarze nie wyjaśnili. Mając taką wiadomość, (nie dało się jej sprawdzić) przyjaźń, zapowiadającą szczęście, należało zakończyć.
W miarę stabilny okres w życiu miał wtedy, gdy dzieci dorastały. Choć już wtedy rozpoczęły się kłopoty z nauką syna Bogdana. Nowy dom, przy ul. Małej w Kłobucku, zapowiadał spokój i harmonię rodzinną na dłuższą metę. Ale szczęście, jakie by ono nie było, nie trwa wiecznie. Nieudane małżeństwa córki Bożeny i syna Bogdana sprowadziły niepokój, udrękę i niekończące się swary domowe. Ale Mietek nie poddawał się. Ilekroć go odwiedzałem był naładowany energią i przy każdej okazji podśpiewywał sobie. Istnieje przekonanie, że jak człowiek śpiewa, to cieszy się życiem. Myślę, że stwarzał pozory szczęśliwego, a w istocie takim nie był. Jego żonę-Helenę przez ostatnie 20 lat trapiły różne dolegliwości. Odwiedziła wielu lekarzy i leczyła wiele schorzeń. Dopiero kilka miesięcy przed śmiercią zdiagnozowano u niej niedoczynność tarczycy. Prawdziwe kłopoty zaczęły się dla niego po jej śmierci (2007 r.). Po pogrzebie powiedział, że „dopiero teraz przyjdą ciężkie czasy”. I przyszły. Syn Bogdan zmarł w 2015 r. Wieloletni pobyt córki Bożeny w USA i niekończące się kłopoty z mężem, z wykształcenia lekarzem weterynarii, wywołały u niej głębokie urazy psychiczne, a te zrodziły depresję. Pobyty w szpitalu w Lublińcu nie przyniosły wyraźnej poprawy.. Przez siedem lat przyjaźnił się z niejaką Elą Rogowską, która bardziej troszczyła się o swoje sprawy materialne niż o zdrowie Mietka. A on dbał o dom, utrzymywał więzi rodzinne, dużo czytał, interesował się życiem środowiska i wydarzeniami w kraju, wspierał materialnie córkę Bożenę, zanim ta nie wystarała się najpierw o zasiłek dla bezrobotnych, a później o skromną emeryturę. Kiedy zasłabł na chodniku, wracając z zakupami, wnuczka Ola i córka szwagierki- Ania Wilk zadecydowały o umieszczeniu go w domu opieki społecznej. Wybrano Dom Seniora- Hospicjum w Załęczu, pow. Wieluń. Jego emerytura nie wystarcza na pokrycie kosztów pobytu w domu opieki, dlatego brakującą sumę dopłaca wnuczka Luiza, mieszkająca w USA. Mietek tęskni za rodziną i ubolewa nad faktem, że jego życie ułożyło się wyjątkowo nieszczęśliwie.
Sąsiedzi zajęci byli życiem rodzinnym. Każdy miał swoje smutki i radości, a nade wszystko ogrom obowiązków domowych, a także prac w polu i to od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Ale i w zimie nie brakowało prac wokół inwentarza. Sąsiedzi z zamiłowaniem oddawali się rolnictwu, zwłaszcza dotyczy to dwóch braci Baranów, którzy mieszkali w bliźniaku, po drugiej stronie ulicy. Józef Baran dorabiał pracą w lesie, a starszy Władysław hodowlą pszczół. Ich kompulsywna pracowitość zaspakajała potrzeby licznych rodzin, bo zarówno jeden jak i drugi miał dużo dzieci. Władysław miał trzy urodziwe córki: Józefę, Teresę i Alinę. Ta ostatnia mimo filmowej urody była w życiu nieszczęśliwa. Męża zostawiła, bo uczestniczył w zbiorowym gwałcie, żyła w konkubinacie z rozrzutnym Marianem, który słynął we wsi z niezwykle rozrywkowego stylu życia. Dokładnie na wprost naszego domu, też po drugiej stronie ulicy, mieszkały dwie rodzin Tuszyńskich, które oprócz najstarszego Adama izolowały się od środowiska. Z tej rodziny pochodzi ginekolog (jego rodzice wyjechali na Pomorze w 1946 r.) który, pracując okresowo w szpitalu w Drezdenku, odbierał poród mojej żony Ani, kiedy rodziła córkę Sylwię. Adam był żywą gazetą wsi. Choć w świecie niebywały miał szeroka wiedzę, sięgającą aż do czasów powstania styczniowego i do okresu uwłaszczenia chłopów w zaborze rosyjskim, czyli do 1864 roku. Był ortodoksyjnie religijny, niezwykle pracowity i bardzo troszczył się o dom i rodzinę. Kiedy w końcu sierpnia 1939 roku szedł na wojnę, pożegnał na podwórku żonę słowami miłości, uwielbienia i żalu, z powodu przymusowej rozłąki. Słowa te wzruszyły żonę do tego stopnia, że wkrótce poważnie zachorowała. I nie pomógł fakt, że Adam szczęśliwie wrócił do domu, zmarła. Około 250 m od naszego domu mieszkał najbogatszy we wsi gospodarz i handlarz w jednej osobie-Władysław Bartocha. Jego zamożność wynikała z kilku czynników: rodzina od dawna miała sklep z artykułami niezbędnymi do życia na wsi, handlował z Żydami z Przedborza, jego teściowa Mazurowa miała rentę po mężu, który zginął w wojnie z bolszewikami w 1920 r., ziemi urodzajnej miał więcej niż sąsiedzi i nie był obarczony gromadką dzieci, jak inni mieszkańcy Niwek i Piskorzeńca, gdyż miał tylko dwie córki. Mama nazywała go „wyjątkowo perfidnym człowiekiem”, ale inni mieszkańcy darzyli go szacunkiem i uznaniem. Był niezwykle chytry. Prowadząc skup owoców leśnych oszukiwał na wadze w żywe oczy. Mama nie mogła patrzeć na jego oszukańcze sztuczki, dlatego wysyłała ojca do punktu skupu, gdyż ojciec nie pozwalał się tak łatwo oszukiwać. A ponad to Bartocha musiał także liczyć się z ojcem, gdyż często korzystał z jego usług kowalskich. Ojciec mógłby mu się rewanżować wygórowaną ceną za prace wykonywane w kuźni. Zmarł w wieku 73 lat, na raka, który być może wywołały nawozy sztuczne, które stosował w dużych ilościach, pracując bez żadnej odzieży ochronnej. Jego zięć Waldemar Kurtyka wielokrotnie, po śmierci teścia, przeszukiwał teren w miejscach, gdzie mogło być ukryte złoto zdeponowane przez znajomych Żydów z Przedborza, tuż przed wybuchem wojny. Ale czy coś znalazł, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że w końcu lat czterdziestych, albo na początku pięćdziesiątych W. Bartocha kupił swojej starszej córce – Zosi mieszkanie w Warszawie. A na to trzeba było mieć dużo pieniędzy. Na Niwkach, od strony lasu, mieszkał Baran Władysław z rodziną. Był on uzdolniony muzycznie; grał w wiejskiej orkiestrze na klarnecie. Miał więc łatwy dostęp do alkoholu, co przyczyniło się do jego przedwczesnej śmierci. Dorabiał jako tokarz w drewnie. Wyrabiał głównie kołowrotki o nożnym napędzie. Nasze obejścia dzielił tylko ogródek i szosa prowadząca z Przedborza do Łopuszna i dalej do Kielc. Baranowie byli bogatsi od moich rodziców. Mieli porządną oborę i stodołę, a także murowana piwnicę. Ich najstarszy syn – Heniek był moim kolegą od zabaw i wycieczek na dzikie kąpieliska. W okresie mojego wczesnego dzieciństwa nasi rodzice nie rozmawiali ze sobą. Główną przyczyną wzajemnej nieufności był fakt, ze dziadek Heńka-Adam ożenił się z moją owdowiałą babką i po jakimś czasie ją zostawił. Rodzina Szprochów miała żal do Baranów, że postępują tak niegodziwie. Sytuację dodatkowo skomplikował fakt, że pożyczone od Heńka wieczne pióro, o oprawce w kolorze złotym, ukradziono mi w szkole, a jego rodzice byli przekonani, że je sobie przywłaszczyłem. Ale gdy dorosłem wzajemne urazy poszły w niepamięć i Heniek był moim najbliższym i najbardziej zaufanym kolegą. Często odwiedzałem ich dom m. in. dlatego, że jako pierwsi we wsi mieli kryształkowe radio, którego chętnie słuchałem. Ale rodzice nadal się nie odwiedzali. Zresztą, w naszych stronach było na ogół tak, że rodziny żyły we własnym, zaściankowym świecie, a odwiedzały się jedyni w sprawach niezbędnych życiowo.
Skłóceni bracia. Po 1948 r. w przysiółku Szprochów, przylegającym bezpośrednio do Niwek, a pośrednio do Piskorzeńca, mieszkało dwóch braci, tj. mój ojciec z rodziną i jego młodszy brat Stanisław, także z rodziną. W okresie gdy Stach dorastał tatuś wspierał materialnie swoją mamę, wdowę od 1936 roku. Gdy Stach dorósł pomagał ojcu w kuźni, otrzymując za to zapłatę. Stosunki rodzinne zaczęły się komplikować, gdy Stach się ożenił z Kazimierą Wilk, która jako panienka mieszkała naprzeciwko domu rodzinnego mojej mamy, po drugiej stronie ulicy. Już wtedy mocno iskrzyło między sąsiadami. Nieznane jest źródło konfliktów. Domniemywać jedynie można, że jedną z przyczyn mogła być szeroka droga między polami, na Niwkach, a właściwie prawo do jej wypasania. Rodziny od wielu lat nie rozmawiały ze sobą. Ciotka przenosząc się do domu męża, który sąsiadował z naszym, przeniosła wszelkie uprzedzenia, jakie miała wobec rodziny mojej mamy, także noszącej nazwisko panieńskie Wilk. Do stryja Stacha mama uprzedzona była dużo wcześniej. A sytuację konfliktową stworzyłem ja, swoim bezmyślnym zachowaniem. Stryjowie Stach i Kazik młócili cepami w stodole żyto, a ja przez szparę lewego zamkniętego skrzydła wrót plułem na klepisko. Stach ostro zareagował. Mama będąc w tym czasie na podwórku, stanęła w mojej obronie. Stach rzucił w jej kierunku krótki drewniany drążek, nazywany u nas bijokiem (ogólnopolskie bijak),gdyż taki element cepów miał pod ręką. Mama przez wiele lat, po tym zdarzeniu, skarżyła się na ból w plecach. W późniejszym czasie, kiedy mój brat Janek już pracował miała żal do stryja, że przyuczał go do picia wódki. Ale stryj Stach miał dobrą duszę, urodę filmową, ładnie śpiewał, pięknie grał na harmonijce ustnej, był wyjątkowo zdolnym wędkarzem. Przyjazd Janka do domu i odwiedziny u rodziny chciał jakoś uczcić i tak to się zazwyczaj zaczynało. Stryj w rozmowie ze mną i z bratem Jankiem często używał słowa „kroniu”. Jest to słowo gwarowe, które w naszych stronach miało w sobie większy ładunek empatii niż słowo „kochany”.
W wyniku rozliczeń rodzinnych, tragicznej śmierci stryja Zygmunta w Niemczech w 1945 roku i wyjazdu stryja Bolka na Pomorze, ostatecznie ziemią, która była dawniej własnością dziadka Feliksa, gospodarowali dwaj bracia, mój ojciec Jan i o wiele lat młodszy od niego stryj Stach. Ale sprawy nie były uregulowane prawnie, nie było też precyzyjnie określonych granic. Stąd nietrudno było o nieporozumienia i wzajemne pretensje. Dom stryja Stacha stał na naszym gruncie, a nasz wybudowany w 1948 r. stał na jego gruncie. Przez wiele lat sprawa ta nie budziła w rodzinie nieporozumień. Kiedy stryj opuścił przysiółek Szprochów i osiadł w domu swojego teścia, mój najmłodszy brat Włodek, chciał wybudować nowy dom na naszym gruncie, czyli w miejscu gdzie stał dawny dom stryja. Ale na to nie było zgody; nie tyle ze strony stryja Stacha, ile ze strony jego żony, a mojej cioci. I to był przez wiele lat główny powód sporu, podsycany przez dwie, o silnych osobowościach, bratowe. Ale nie było agresywnych kłótni, ani też procesów sądowych. Była po prostu chłodna, zimna atmosfera. Jedynie od czasu do czasu wypuszczano w eter słowa lub kąśliwe zwroty frazeologiczne, klujące przeciwną stronę. W rodzinie stryja istniało niezadowolenie z powodu, jej zdaniem, zbyt niskiej zapłaty, jaką otrzymywał brat za pomoc udzielaną w kuźni mojemu ojcu. Doprowadziło to do tego, że bracia się rozstali. Stach uruchomił własną kuźnię na terenie posesji swojego teścia. Były przepychanki związane z podziałem narzędzi kowalskich. Myślę, że stryj zarabiał wtedy dużo więcej, ale też miał więcej obowiązków i wiele różnych trudności, które musiał sam przezwyciężać. Niesnaski rodzinne rozwiązało życie – stryj Stach zmarł w 1984 roku, a jego żona zmieniła diametralnie nastawienie do wielu spraw życiowych, w tym także do naszej najbliższej rodziny. Dopiero wtedy mój brat, za pieniądze zarobione w Iraku, mógł wybudować nowy, funkcjonalny dom.
Miłość rodziców i sposoby wychowywania dzieci
Rodzice kochali niewątpliwie całą czwórkę synów, tj. Mietka, mnie, Janka i Włodka. Mama jednak szczególną miłością darzyła Janka, który jako dziecko żył w najtrudniejszych warunkach i był w tym czasie najnędzniej odżywiany. Był też, jak sadzę najsłabszy psychicznie. Dało się często słyszeć: Janiu tu, Janiu tam, z Janiem, o Janiu. Rodzice jako dzieci nie zaznali miłości rodzicielskiej, dlatego nie potrafili jej przelać na dzieci. Miłość okazywali jedynie czynami i zdrobnieniami imion swoich dzieci; niezwykle rzadko słowami. Życie kobiet obarczonych dziećmi, w mieszkaniach bez prądu i bieżącej wody, było wyjątkowo trudne. Dopiero działania posła tej ziemi Mieczysława Moczara (gen. dyw., minister spraw wewnętrznych od 1964 do lipca 1968) spowodowały, że w 1971 roku zelektryfikowano nasze tereny i wtedy życie stało się lżejsze. Ale prac uciążliwych i kłopotliwych nadal było bardzo dużo. Wiosną np. mama zawsze malowała wapnem lasowanym na niebiesko, ściany zewnętrzne domu. Pracowała także w polu, choć mniej jak inne kobiety, bo wiele czynności wykonywały osoby na zasadzie najmu. Tatuś zarabiał pieniądze w kuźni i on najczęściej kupował podstawowe artykuły u Władysława Bartochy, do którego, po jakimś czasie, mama przestała chodzić. Poważniejsze zakupy robiło się w Przedborzu, do którego jeździli na przemian to tatuś, to mama. Ze strony rodziców nie padały słowa, zwroty i zdania charakterystyczne w kulturze angielskiej, gdzie w rodzinach zdania: „ ja ciebie kocham”, „ my was kochamy” padają kilka razy dziennie. Nie było też przytuleń, uścisków, pocałunków i innych symptomów fizycznej bliskości. Wyjaśnieniem może być nieustanne zmęczenie rodziców i brak wzorów z przeszłości. Brak czasu na dłuższe i zawiłe wyjaśnienia, związane z życiem w środowisku, skutkował powszechnie stosowaną metodą wychowawczą na skróty, tzn. zastraszaniem. „Tego nie wolno robić”, „ Tam nie można iść”, „ Tego zjawiska ( południca, zmora ) należy się bać, gdyż w przeciwnym razie nieszczęścia, choroby i kara Boża cię nie ominą. Metoda zastraszania udzielała się także niektórym interesantom kuźni. Dało się niekiedy słyszeć zawołanie „ chłopczyku chodź no tu, to cię wymiśkuję” (wytrzebię ) lub ostrzeżenie „ jak się będziesz tu kręcił, to cię wymiśkuję”. Ale w działaniach wychowawczych moich rodziców było wiele dobrego.
- Mama bardzo często przypominała o postępowaniu zgodnym z katechezą.
- Zachęcała do modlitwy i aktywnego uczestnictwa w mszach świętych.
- Podawała przykłady ludzi religijnych i bogobojnych.
- Pouczała jak zachowywać się w środowisku, szkole, w miejscach publicznych, aby nie wzbudzać sensacji.
- Chroniła nas przed zbytnimi stresami. Nie pozwalała np. oglądać zmarłych.
- Nie pozwalała ojcu wymierzać kar cielesnych swoim dzieciom. Gdy w wieku ok. 7 lat dostałem lanie od ojca drewnianą rękojeścią (element żarna, gwarowo melorka) za kradzież marchwi z ogródka Adama Tuszyńskiego, nie rozmawiała z nim przez 3 miesiące.
- Ostro reagowała, gdy ktokolwiek czynił nam krzywdę.
- Zachęcała do nauki i systematycznego czytania książek. Sama lubiła powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego, gdyż tylko takie mieliśmy w domu. Gwoli ścisłości tylko trzy.
- Nie kryla żalu i wrogości do osób, które zachęcały braci, najpierw Janka, a później Włodka do picia wina i wódki.
- Dbała o to, aby posiłki, zwłaszcza obiad były na czas.
- Gdy najmłodszy brat Włodek budował nowy dom, całą emeryturę oddawała na cele z tym związane.
- Ojciec załatwiał sprawy, które wymagały wyjścia z domu. Był niemal na każdej wywiadówce w szkołach: w Borowej, w Czermnie, a także przyjeżdżał do Końskich, gdzie ja chodziłem do Liceum Pedagogicznego. Przywoził potrzebne pieniądze i udzielał mi różnorodnych wskazówek. Ignorowałem jego rady. Z perspektywy czasu wiem, że niektóre z nich należało wcielać w życie, które nie należało do najłatwiejszych.
- Z jego inicjatywy jeździliśmy na odpusty do Czermna, Pilczycy, a także do odległej Żeleźnicy. Przy okazji odwiedzaliśmy nasze rodziny tam mieszkające. Lubił szczególnie Żeleźnicę i rodzinę mamy, która kultywowała tradycje drobnej szlachty, gdyż taką była w przeszłości.
- Ojciec załatwiał wszystkie nasze potrzeby u miejscowych rzemieślników, z którymi utrzymywał przyjazne, a z niektórymi nawet koleżeńskie stosunki.
- Był nieustannie czymś zajęty, bo oprócz pracy w kuźni pomagał i nadzorował budowę najpierw domu, później obory z letnią kuchnią, a jeszcze później stodoły.
- Ojciec zadbał o to, aby jego synowie, każdy w odpowiednim czasie, pojechał do Częstochowy, na Jasną Górę i zobaczył Cudowny Obraz Matki Bożej, zwany także Obrazem Czarnej Madonny. Chciał w ten sposób pogłębić uczucia religijne swoich dzieci, które w odniesieniu do niego nie były zbyt silne. Mój ojciec, w przeciwieństwie do mamy, nie był szczerze zainteresowany religią.
Łatanie niedostatków. Nasza sześcioosobowa rodzina żyła z gospodarstwa i kuźni. Ale aby egzystować w miarę normalnie rodzice starali się zdobywać dodatkowe środki utrzymania.Tatuś przez wiele lat hodował pszczoły. W szczytowym okresie miał około 12 drewnianych uli. Ale w styczniu 1945 r. Rosjanie z 6 uli wyjedli miód i pszczoły padły. Najdłużej trzymały się pszczoły w starym sosnowym pniu. W 1952 r. roku pasieka, w surową zimę, całkowicie padła. W zimie było mniej pracy w kuźni, dlatego tatuś próbował w inny sposób zarobić trochę pieniędzy. Na przyrządzie zwanym u nas kobylica, przy pomocy ośnika, strugał gonty. Jedną z partii gontów kupił bogaty Władysław Bartocha. Ale zbytu na gonty nie było, dlatego ich wyrób miał jedynie charakter doraźny. W lecie ojciec organizował drewno lub torf na opał. Jednego razu to ja towarzyszyłem mu w kopaniu torfu. Było to przy sadzawkach należących do Małczyka ze Stanisławowa. Bryłki torfu odcinaliśmy szpadlem z ostrym sztychem od całości i wynosiliśmy na wyższy teren, ustawiając je w szachownicę, aby po wysuszenia nadawały się do spalania. Na początku lat 50. ojciec nabył gręplarkę do wełny. Jej użytkowanie poprawiło status materialny rodziny na kilka lat. Ale skargi wrogów ojca zrobiły swoje i milicja (dawne MO ) zabroniła jej używania. Ojciec z wielkim trudem i kłopotami przewiózł ją do Gościmia, pow. Strzelce Kraj., gdzie ja byłem nauczycielem. Ale po kilku miesiącach i tu wkroczyła milicja, nakazując zamknięcie pomieszczenia, gdzie była gręplarka. Spodziewanych sukcesów materialnych nie osiągnęliśmy, a jedynie nabawiliśmy się kłopotów. Na początku lat 60. ojciec za radą najstarszego brata – Mietka i przy jego wydatnej pomocy zasadził około 30 drzewek wiśniowych. Gdy wyrosły na drzewa i zaczęły owocować, to przez ponad 12 lat wspierały budżet rodzinny. W latach 30. mama chodziła, jeśli obowiązki domowe na to pozwalały, do Rudy Pilczyckiej i pracowała w ogrodzie u hrabiego Władysława Zdzisława Zamoyskiego. Przez wszystkie lata, po zamążpójściu, hodowała gęsi, dlatego mieliśmy porządne poduszki i pierzyny, bardzo przydatne w surowe zimy, bo pokój, w którym spaliśmy był ogrzewany jedynie przez przewody kominowe. Nadwyżki puchu i pierza wędrowały do rodziny, bądź były sprzedawane zainteresowanym osobom. Jako dorastające dzieci, razem z mamą, zbieraliśmy w lecie, w Lesie Rudzkim, jagody i maliny, a w sierpniu już ona sama zbierała żurawiny na Wierzchowinie. Nie zabierała dzieci ze sobą, ze względu na żyjące tam jadowite żmije zygzakowate. Zebrane owoce lasu ojciec sprzedawał w puncie skupu. Ciekawe, że w okresie mojego dzieciństwa nie skupowano u nas grzybów, które albo się na bieżąco konsumowało, albo suszyło. Jedynie rydze i zielonki marynowano. Gwoli ścisłości należy dodać, że głównym grzybem handlowym był i jest nadal podgrzybek brunatny, który u nas występował w niewielkich ilościach. Niektórzy rolnicy, aby zdobyć trochę mięsa, zajmowali się kłusownictwem zarówno na dziką zwierzynę, głównie zimą, jak i jesienią na karpie w stawach, na Piskorzeńcu. Ale mój ojciec choć umiał robić fuzję, własnej nie miał i nigdy nie polował – bał się konsekwencji, które mogły nastąpić po wykryciu sprawcy przestępstwa.
Dzięki wysiłkom rodziców nie chodziliśmy głodni, ale ubrani byliśmy bardzo skromnie; tak zresztą jak wszystkie dzieci w tej okolicy. Przyjemności lata zabierały nam krowy i owce, które trzeba było paść na pastwiskach, ubogich w trawy, w Grabowcu lub Brzezinie. Przyjemności zaś zimy zabierał brak odpowiedniego ubrania i sprzętu sportowego, charakterystycznego dla tej pory roku.
„Dawne czasy poszły w dal”. Często wracam myślami do rodzinnego Stanisławowa, a także sąsiednich wiosek Niwek i Piskorzeńca. Co kilka lat odwiedzałem strony rodzinne, szukając w nich atmosfery beztroskiego dzieciństwa i śladów mojej tam bytności.
Ale moja tęsknota nigdy nie została zaspokojona, bo
dawne czasy poszły w dal,
a pozostał smutek, żal.
Bo nie ma już Heńka, który uczył mnie jeździć na rowerze. Pierwszą lekcję zakończyłem na ogrodzeniu z drutu kolczastego, ale na szczęście przewróciłem się do przydrożnego rowu i nic mi się nie stało.
Nie ma już Zygmunta, który wchodząc na strych spadł z drabiny i od tego czasu się jąkał.
Nie ma już sąsiadki, pięknej Alinki, w której się podkochiwałem, ale nie miałem odwagi jej o tym powiedzieć.
Nie ma już Janka W., który od 12. roku życia pracował koniem w polu.
Nie ma już Wacka, który nauczył mnie pływać pieskiem i skakać do wody z rozbiegu, dzięki czemu wyzbyłem się lęku przed wodą.
Nie ma już Bońka, z którym wchodziłem na dużą gruszę rosnącą w polu, w pobliżu jego domu i będąc na znacznej wysokości organizowaliśmy konkurs w sikaniu na odległość.
Nie ma już Helenki, którą, korzystając z ciemności, odważyłem się pocałować w policzek, a miałem wtedy niewiele więcej jak 12 lat.
Po kilku dniach pobytu w rodzinnych stronach wracałem na Ziemię Lubuską, gdzie mieszkam od 1956 roku i gdzie pracowałem zawodowo w trzech miejscowościach, tj.: w Gościmiu jako nauczyciel, Gościmcu jako kier. szkoły podst. i rolniczej ( nie używano jeszcze wtedy terminu „dyrektor”), i w Liceum Medycznym w Drezdenku jako naucz. jęz. pol. i geografii gosp. świata. A po przejściu na emeryturę, co nastąpiło w 1996 roku, uprawiam dziennikarstwo prasowe. W latach 1996-2006 współpracowałem z „Kwartalnikiem Drezdeneckim”, a w latach 2009-2018, razem z córką-Sylwią, redagowaliśmy miejscową ”Gazetę Drezdenecką”. Od 2015 roku współpracuję z Muzeum Lubuskim w Zielonej Górze, które co roku wydaje obszerną publikację „Ziemia Lubuska”, a w niej ciekawe, wybrane artykuły z całego województwa.
Cieszę się, że znajduje się w niej także miejsce i na moje artykuły. Teksty głownie informacyjne ogłaszam w kwartalniku „Glos Powiatu”.
Zdzisław Szproch
Drezdenko, XI 2022 r.
Adnotacja. Szersze omówienie wydarzeń związanych z II wojną światową, w odniesieniu do mojego środowiska i do mojej najbliższej rodziny, wymaga oddzielnego i to wieloaspektowego przedstawienia. I być może uczynię to w przyszłości.
Bardzo ciekawa opowieść, przeczytałem z przyjemnością. Czekam na opowieść wojenną.