Od lewej: dr Stanisław Talarczyk, przewodniczący Rady Narodowej Miasta i Gminy Drezdenko, dekoruje dra Jerzego Kasprzaka (w środku) odznaką honorową „Za zasługi w rozwoju miasta Drezdenka” (1982 r.). Po prawej: pielęgniarka oddziałowa Interny – Krystyna Kruk.
Dzieciństwo. Jerzy Kasprzak, syn Antoniego i Janiny z domu Kiśluk, urodził się 11 września 1930 roku w Kobryniu (dzisiejsza Białoruś). Do wybuchu wojny mieszkał z rodzicami w Wilnie, gdzie jego ojciec pełnił służbę wojskową jako zawodowy podoficer. Tu też skończył trzy klasy szkoły podstawowej. Zawirowania wojenne spowodowały, że gdy ojciec poszedł bronić ojczyzny, jego mama, on i młodsza o trzy lata siostra Teresa, wrócili do Kobrynia, do rodziny mamy, sądząc, że w małym mieście, gdzie Kiślukowie prowadzili kasyno pułkowe, będą bardziej bezpieczni. Ale po wkroczeniu Rosjan na tereny wschodniej Polski, rozpoczęły się prześladowania Polaków, głównie zaś inteligencji. Nastąpiły też masowe wywózki na Syberię.
Syberia. Matka Jerzego została aresztowana za posiadanie indeksu z Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Wileńskiego 15 marca 1940 roku. Rosjanie zabrali także jej ojca i dwóch braci. Janina po sześciu miesiącach więzienia dostała wyrok: 8 lat łagrów. Wywieziono ją do Mołdawii, zamieszkała w drewnianym baraku i pracowała w szwalni. Rok później ogłosili amnestię. Janina dostała 40 rubli i trafiła do Uriupińska. Niby była wolna, ale wyjechać nie mogła. Pracowała jako pielęgniarka. Małego Jerzego i jeszcze mniejszą Teresę wywieziono na Syberię razem z babcią, Konstancją Kiśluk, w maju 1941 roku. Zawieziono ich do Barnaułu i umieszczono w pomieszczeniu razem z pięcioma innymi rodzinami (Barnauł leży w azjatyckiej części Rosji, nad rzeką Ob, 250 km na południe od Nowosybirska). Gdy Janina dowiedziała się z listu, gdzie są jej dzieci i mama, uciekła, wiele ryzykując, z Uriupińska do Barnaułu i połączyła się z rodziną. Ale jej radość była niepełna, gdyż jej mama w tym czasie była ciężko chora. Determinacja, pragnienie życia i skuteczna pomoc obozowego lekarza spowodowały, że Konstancja wyzdrowiała. Po kilku tygodniach przewieziono ich do Jużnego, do tajgi syberyjskiej, gdzie panują bezkresne przestrzenie i bardzo surowe, i długie zimy. Tu panowała zasada: chcesz kartkę na chleb, musisz na nią zapracować. Czasami zabrakło chleba, wtedy gotowało się obierzyny z ziemniaków, robiło mąkę z prosa i kukurydzy, wybierało ukradkiem z pola buraki. Niekiedy gotowało się coś w rodzaju zupy z ogrodowego zielska. Zesłani często płakali z głodu, zimna i rozpaczy. Jerzy jako dorastający chłopiec wykonywał różnorodne prace związane z wyrębem lasu i dbał o porządek wokół najbliższych baraków obozowych, a także starał się zdobywać coś do gotowania i jedzenia. Sytuacja poprawiła się dopiero wtedy, gdy z Ameryki zaczęła docierać pomoc żywnościowa. Ale po paczki trzeba było jeździć aż do Barnaułu. Robiła to, w imieniu całego osiedla zesłańców, mama Jerzego, nie bacząc na grasujące w tym rejonie bandy rabusiów. Walka o przetrwanie
i uratowanie dzieci z syberyjskiego piekła były silniejsze niż lęk przed napadami ze strony bandytów i kolejowych złodziei. Kiedy represje w stosunku do zesłańców wyraźnie zelżały, a stało się to pod koniec wojny, Janina Kasprzak zainicjowała utworzenie w osadzie szkółki, do której przez ponad rok uczęszczały także jej dzieci.
Powrót do kraju. W sierpniu 1945r. do Jużnego dotarł list od Antoniego Kasprzaka informujący, że z wojny wrócił zdrowy i z tęsknotą oczekuje przyjazdu rodziny do Polski. Później okazało się, że w rodzinnym Gostyniu nie znalazł odpowiedniego mieszkania, dlatego osiedlił się w Krobi (12 km od Gostynia). Rodzina z Syberii, do odradzającej się w nowych uwarunkowaniach historycznych Polski, wróciła dopiero w maju 1946 roku. Kasprzakowie i babcia Konstancja znowu byli razem. Antoni znalazł pracę w PZU; ubezpieczał w terenie gospodarstwa domowe i rolników, zaś jego żona zatrudniła się jako położna najpierw w szpitalu w Krobi, później w Poniecu, a na koniec, aż do emerytury, w szpitalu w Gostyniu. Rodzice zadbali o to, aby Jerzy w pierwszym rzędzie dokończył szkołę podstawową,
a następnie rozpoczął naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Gostyniu[1].
Działalność w organizacji „A.K. Zawisza”. W krajupanował komunistyczny terror. Wiele organizacji niepodległościowych zeszło do podziemia. Tworzyły się też nowe przeciwstawiające się sowietyzacji kraju. Jerzy wychowany w rodzinie patriotycznej, znający z autopsji istotę totalnego ustroju, dał się łatwo wciągnąć w działającą na tym terenie tajną organizację „A.K. Zawisza”. Działała ona od marca do września 1949 roku w powiatach Gostyń i Jarocin w woj. poznańskim i Głogów w woj. wrocławskim. Organizacją dowodził Marian Rączka: „Błysk”, „Kościuszko”, „Ogień”. Dzieliła się na dwa obwody. Pierwszy: Sława”, a dowodził nim Ludwik Sinicki „Szary”, a drugi „Krobia”, którym kierował bezpośrednio Marian Rączka. Drugi obwód miał 8 grup, w tym m. in. grupę „Krobia’. To w drugim obwodzie Jerzy był jednym z najbardziej aktywnych członków, pełniąc funkcję zastępcy sekretarza. Zajmował się głównie redagowaniem i rozprowadzaniem ulotek, informujących o działaniach zbrodniczego systemu, a także werbowaniem nowych konspiratorów. Młodzi z tej organizacji zbojkotowali uroczystości 1 Maja i 22 lipca 1949 roku. Ilość członków organizacji zwiększała się z każdym miesiącem i krótko przed aresztowaniem obwody liczyły po około 50 członków.
Areszt śledczy. Rozbudowana i wszędobylska bezpieka trafiła na ślad „A.K. Zawiszy”. Jerzy Kasprzak został aresztowany 18 sierpnia 1949 r. i przebywał w areszcie śledczym w Gostyniu, nadzorowanym przez PUBP, do 19 stycznia 1950 r. W krótkich odstępach czasowych aresztowano w Krobi m.in.: Urszulę Urbańską, Ewę Murównę, Stefana Szymańskiego, Kazimierza Celkę, Antoniego Urbańskiego, Alojzego Smyczyńskiego i Gerharda Kaczmarka. Jak wynika z zeznań siostry Kasprzaka – Teresy Cieślak (z wykształcenia nauczycielka), złożonych przed Oddziałową Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Poznaniu, a złożonych już po śmierci brata (2006), był on w toku śledztwa bity, m. in. drewnianą pałką po plecach oraz umieszczany w celi wypełnionej wodą. Nie podała jednak konkretnych nazwisk ani innych danych, pozwalających zidentyfikować oprawców, bo ich po prostu nie znała. Stąd śledztwo w tej i w wielu innych podobnych sprawach, o znęcanie się fizyczne i psychiczne nad aresztowanymi, z powodu niewykrycia sprawców, decyzją prokuratury z 20 lutego 2013 roku zostało umorzone.
Wyrok. Proces grupy konspiratorów z Krobi i okolic odbył się w wypełnionej po brzegi sali kinowej w Gostyniu 11 maja 1950 r. Dlatego w wypełnionej po brzegi sali, gdyż w celu zastraszania spędzono tu całą młodzież licealną, aby na sesji wyjazdowej Wojskowego Sądu Rejonowego z Poznania, mogła obserwować maltretowanie psychiczne młodych oponentów komunistycznej władzy. Wszystkim aresztowanym członkom „A. K. Zawisza” postawiono ten sam zarzut – chcieli obalić przemocą demokratyczny ustrój państwa polskiego. Niektórych także oskarżono o nielegalne posiadanie broni palnej, co stanowiło przestępstwo z ar. 4, paragraf 1 Dekretu z 13 czerwca 1946 r. Wszystkich uznano winnymi zarzucanych im przestępstw i wymierzono kary więzienia od 2 do 7 lat, z tym, że Ewie Murównej, Urszuli Urbańskiej, Gerhardowi Kaczmarkowi i Stefanowi Szymańskiemu zawieszono kary na okres próbny. Jerzemu Kasprzakowi sąd wymierzył 6 lat więzienia.
Więzienie we Wronkach. Jerzego Kasprzaka jakoszczególnie niebezpiecznego wroga, umacnianego siłą ustroju na modłę radziecką, przewieziono do więzienia politycznego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, czyli do Wronek, gdzie przebywał do 20 sierpnia 1951 roku. Ceremoniał powitania we Wronkach był wyjątkowo „humanitarny”. Po wyjściu z pociągu trzeba było na klęczkach powitać przybyłych konwojentów. A na głównym placu więziennym także na klęczkach, należało poddać się rewizji osobistej, a następnie rozebrać do naga, złożyć ubranie w tobołek i wziąć go do jednej ręki, a w drugiej należało mieć „samarę”, tj. worek z rzeczami osobistymi. Mając obydwie ręce zajęte należało przebiec przez „ścieżkę zdrowia”. Był to szpaler kilkudziesięciu oddziałowych, z których każdy miał prawo uderzyć lub kopnąć biegnącego nagusa. Ścieżkę zdrowia nadzorowali oficerowie „specjalni”. Później więźniów prowadzono do jednego z czterech kondygnacyjnych bloków, przy czym największy, nr 1 miał 540 cel, każda o wymiarze 8 mkw. i 72 cele dyscyplinujące (izolacyjne), o 4 mkw. i betonowej podłodze. Infrastruktura obiektu, liczba więźniów, głównie recydywiści i niepoprawni politycznie, surowa dyscyplina, również surowy stosunek personelu do więźniów, to podstawowe wyznaczniki ciężkiego zakładu karnego. Największy stan dzienny odnotowano w więzieniu we Wronkach 1 marca 1950 r. i wynosił on 3.650 więźniów. Jerzy Kasprzak jako więzień polityczny nie mógł pracować, nie miał prawa do nauki, nie mógł uczestniczyć w zajęciach świetlicowych i był pozbawiony korzystania z posług kapelana więziennego. A najbardziej pragnął szczerej rozmowy, podtrzymującej go na duchu. I choć widział jednego z kapelanów niemal codziennie, to jednak nie wolno mu było z nim rozmawiać. Środki udręczania i upokarzania więźniów to: wlewanie wody do cel, kopanie i bicie pałkami, bicie mokrymi sznurami, skazywanie na pobyt w celach izolacyjnych.
Obóz w Jaworznie. W 1950 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego podjęło decyzję
o „Segregacji więźniów politycznych” . W konsekwencji młodzi od 16 do 21 roku życia zostali oddzieleni od starszych więźniów. Zasadniczym celem tej segregacji było umieszczenie wyselekcjonowanej młodzieży w eksperymentalnym obozie w Jaworznie, gdzie poprzez ustawiczne „pranie mózgów”, indoktrynację i represje zamierzano wymusić zgodę na współpracę ze Służbami Bezpieczeństwa. Transport więźniów, odpowiednich wiekowo, z Wronek otoczony był szczególną tajemnicą. Przerzucono więźniów do oddzielnych cel, oddano im dobytek, wymieniono sorty więzienne na mundury niemieckie. Na rampie kolejowej w Jaworznie przywitała ich silna eskorta – wojsko i strażnicy więzienni uzbrojeni w pistolety i karabiny maszynowe. U boku mieli tresowane psy, gotowe w każdej chwili do ataku, na wskazane osoby. Więźniowie zgrupowani w dziesięcioosobowe rzędy, ujęci pod ramiona, mieli nakaz maszerować w milczeniu, pod eskortą, drogą liczącą kilka kilometrów. Wśród rzekomych członków Hitlerjugend był także Jerzy Kasprzak. Ludzie nieświadomi perfidnego kłamstwa pluli na więźniów, złorzeczyli, a nawet rzucali kamieniami. Aby dogłębnie upokorzyć młodych skazańców, wynajęto na dwie godziny, 11 funkcjonariuszy ORMO, którzy najpierw udawali pracowników kolei, ustawionych wśród torów kolejowych Jaworzno – Szczakowa i obrzucali wagony kolejowe kamieniami, a następnie przebrani pospiesznie i przewiezieni w inne miejsce udawali wieśniaków pracujących w polu, których zadaniem było poszturchiwanie przechodzącej kolumny grabiami i kijami od wideł. Każdy z funkcjonariuszy otrzymał po 25 zł za udział w akcji. Od września 1949r. komendantem obozu był, słynący z okrucieństwa, były komendant obozu w Świętochłowicach – Zgodzie kapitan Salomon Morel. Jaworzyński obóz, do którego sprowadzono młodocianych więźniów politycznych, rozciągał się na przestrzeni 36 hektarów i był zbudowany przez Niemców jako podobóz Oświęcimia. Ogrodzony był murem wysokości około 5m, przed którym, w odległości 2m, przebiegało ogrodzenie z drutu kolczastego pod napięciem. Przed ogrodzeniem z drutu kolczastego znajdował się „pas śmierci”, czyli pas grabionego piasku. Pojawienie się na nim więźnia było równoznaczne z zastrzeleniem. W celi więziennej w Jaworznie ulokowanych było 20 więźniów. Spali na 10 piętrowych metalowych łóżkach. Powierzchnia całkowita celi to 34 mkw., co dawało 1,7 mkw. na więźnia. W celi ponadto stała drewniana szafa i w kącie, od strony korytarza, był prowizoryczny „kibel”.[2] Powierzchnia wolna to 16 mkw., co na więźnia przypadało 0,8 wolnej powierzchni. W latach 1951 – 1953, a więc w czasie, gdy przebywał tu Jerzy Kasprzak, panował w zakładzie potworny głód. Trzy czwarte więźniów zachorowało na „kurzą ślepotę”. Mimo to musieli oni pracować głównie w kopalniach, np., w „Komunie Paryskiej”, a także przy budowie osiedli mieszkaniowych i przy budowie Elektrowni Jaworzno. Dlatego też kolumny, wracające z pracy, trzymały się za ramiona, aby nie upaść ze zmęczenia. Tyko więźniowie z wyrokami powyżej pięciu lat nie mieli prawa do wyjścia poza obóz i pracowali w zakładach usytuowanych wewnątrz obozu. Do nich należał także Jerzy Kasprzak, który pracował w warsztacie ślusarsko – mechanicznym. Mieli oni natomiast prawo, a szczególnie wrogowie ustroju wręcz obowiązek uczęszczania do utworzonej głównie w celach indoktrynacji szkoły. Szkoła miała trzy profile: zawodowy, techniczny i licealny. Jerzy wybrał profil licealny, a jako uczeń zdolny i pracowity szybko nadrabiał zaległości związane z pobytem w areszcie śledczym w Gostyniu i w więzieniu we Wronkach. Ale w zatłoczonych salach nie można było przygotowywać się do zajęć lekcyjnych, dlatego więźniowie uczyli się przeważnie w budynku szkolnym bądź w tzw. domu kultury. Sytuacji sprzyjał fakt, że cele w ciągu dnia były otwarte.
Wolność. Na mocy amnestii z 22 listopada 1952 roku karę więzienia z sześciu lat złagodzono J. Kasprzakowi o dwa lata, do czterech lat. Mury w Jaworznie opuścił on 20 sierpnia 1953 roku. I z tą chwilą zostały mu przywrócone wszelkie prawa publiczne; mógł więc starać się
o przyjęcie do Liceum Felczerskiego w Gorzowie Wlkp., którego dyrekcja ogłosiła w prasie nabór na pierwszy rok nauki. W rozmowie kwalifikacyjnej dyrektor tejże placówki okazał się wspaniałym człowiekiem, gdyż oznajmił, że przeszłość polityczna kandydata nie stanowi przeszkody w przyjęciu do Liceum.
Urocze Drezdenko. Do zawodu felczera przygotowywał sięw Gorzowie Wlkp. w latach 1953 – 1956. Praktykę zawodową odbył w szpitalu w Drezdenku. I to miasto ze względu na usytuowanie, swą architekturą, bogatą historię zrobiło na nim duże wrażenie. Niezwykle ważnym czynnikiem osiedlenia się w Drezdenku były zapewnienia dyrekcji szpitala i władz administracyjnych, że stosunkowo szybko otrzyma odpowiednie mieszkanie. Ale władze nie spełniły obietnicy i J. Kasprzak zamieszkał w hoteliku pracowniczym przy szpitalu. Mimo to jego sytuacja życiowa się stabilizowała. W 1958 roku zawarł związek małżeński z piękną Janiną Wunder i wreszcie życie naszego opozycjonisty stało się szczęśliwe.
Stabilizacja życiowa. Małżonkowie zamieszkali przy ul. Krakowskiej 4, a po jakimś czasie przenieśli się do większego pomieszczenia nr 8, usytuowanego także przy tejże ulicy. Rodzina Kasprzaków powiększyła się o córkę Annę – Dorotę w 1959 r., a w 1961 o kolejną córkę Katarzynę. Żona Jerzego pracowała w PGKM Drezdenko przez 27 lat, na stanowisku do spraw ekonomicznych i 8 lat na stanowisku kier. działu ekonomicznego w przedsiębiorstwie o tej samej nazwie, ale w Strzelcach Kraj. Przełomowym okresem
w życiu Jerzego i całej rodziny były jego studia na Akademii Medycznej w Poznaniu, które
odbył w latach 1969 – 1975. W tym czasie, a dokładniej na początku lat 70. żona Jerzego podjęła decyzję o budowie własnego domu, przy ul. Słonecznej w Drezdenku. Sytuacją sprzyjającą była okoliczność, iż w tym czasie zakłady pracy obligatoryjnie zobowiązane były do udzielania wszelkiej pomocy pracownikom, którzy się budowali. I z takiej pomocy w znacznym stopniu, skorzystała p. Janina. Podkreślić tu należy także przychylność i wsparcie duchowe najbliższego otoczenia współpracowników. Ale nie obyło się bez dużej pożyczki bankowej, którą latami trzeba było spłacać. Mąż, zajęty studiami, nie miał możliwości czasowych, aby czynnie włączyć się w proces budowania nowego domu. Niemal wszystkie czynności formalne i materiałowe załatwiała więc żona. Dom ukończono w 1975 r. i był on wymownym prezentem żony dla męża za ukończenie studiów. Specjalność radiologa, którą uzyskał Jerzy na Akademii Medycznej w Szczecinie w 1978 r. i związane z nią wyższe zarobki, wyraźnie poprawiły status materialny rodziny.
Praca zawodowa. Za pracowitość, sumienność i kompetencje przełożeni darzyli go uznaniem, pacjenci zaufaniem, a pracownicy szpitala i przychodni szacunkiem, i niekłamaną przyjaźnią. Odwzajemniał się tym samym. Ale oddajmy głos Teresie Pomostowskiej (protetyk), która znała dra dość dobrze, gdyż począwszy od 1978 r. często rozmawiała z nim w pracy (ich gabinety sąsiadowały ze sobą). „W stosunku do młodych współpracowników był jak ojciec; opiekuńczy, miły, uczynny, po prostu wyjątkowo dobry człowiek. Nigdy nie powiedział nie mogę, nie chcę, czy nie muszę. Zawsze był gotowy do pomocy nam młodym; nigdy też nie odmawiał pomocy cierpiącym i chorym. Już od wczesnych godzin rannych pod jego gabinetem nr 68 czekało dużo ludzi. Przyjmował wszystkich, a potem jeszcze wykonywał i opisywał badania obrazowe. Jego zadaniem była ocena budowy narządów wewnętrznych i rodzaju patologii. Wykonywał także mało inwazyjne zabiegi oraz aplikował leki do konkretnych narządów”. Przez 10 lat, począwszy od 1 września 1979r., w godzinach nadliczbowych pracował, jako nauczyciel dochodzący, w Liceum Medycznym
Pielęgniarstwa, prowadząc zajęcia z patologii w klasach II. Jako pedagog ceniony był przez młodzież za profesjonalizm i obiektywizm w ocenianiu uczennic. Pracy miał więc bardzo dużo, zwłaszcza że jeszcze przez kilka lat dojeżdżał do Międzychodu, wspierając kadrowo miejscowy szpital. W wolnym czasie dużo czytał, głównie książki biograficzne, łowił ryby, najczęściej z kol. Janem Kurłowiczem, kier. szpitalnej apteki, lubił pracę w przydomowym ogródku, pielęgnując głównie kwiaty, krzewy owocowe i ozdobne. W sprawach politycznych zachowywał szczególną powściągliwość i ostrożność, gdyż jedno zdanie za dużo, wypowiedziane w przypadkowej dyskusji, mogło dotrzeć do Komitetu Miejskiego PZPR
w Drezdenku, a stąd do Urzędu Bezpieczeństwa w Strzelcach Kraj., a to by oznaczało kłopoty i to duże kłopoty. Chętnie natomiast opowiadał bliskim i znajomym o ukochanym Wilnie, letnich kąpielach w Wilejce i spacerach z mamą do Ostrej Bramy.
Wyjazd do Niemiec. 28 października 1989r. jeszcze wPRL-owskim „Dzienniku Telewizyjnym” Joanna Szczepkowska wypowiedziała słowa o końcu komunizmu. Ale już od czerwcowych, częściowo wolnych wyborów, następował proces demokratyzacji kraju. Nie danym jednak było Jerzemu Kasprzakowi żyć w wolnej i demokratycznej Polsce, o którą walczył z narażeniem zdrowia i życia. W listopadzie 1989 r., wraz z żoną, wyjechał do Niemiec. Zadecydowały o tym nie tylko powiązania rodzinne, ale także chęć oddalenia się od miejsc związanych z upokorzeniami i cierpieniami z lat 1949-1953. Ale przed przeszłością nie da się uciec. Ona z upływem lat coraz częściej i coraz mocniej dawała znać o sobie. Niekiedy budził się w nocy z uczuciem olbrzymiego przerażenia, przekonany, że znów go biją w areszcie śledczym w Gostyniu. Przez 9 lat mieszkali Kasprzakowie u młodszej córki- Katarzyny (dyplomowanej kosmetyczki) w Petersburgu k. Fuldy, a następnie przeprowadzili się do kupionego przez starszą córkę (właścicielka trzech dobrze prosperujących aptek) mieszkania we Frankfurcie n/Menem. Jerzy po przyjeździe do Niemiec, z powodu wieku i stanu zdrowia, już nie pracował zawodowo, ale bardzo interesował się przemianami demokratycznymi w Polsce. Prenumerował i czytał polską prasę, oglądał dzienniki telewizyjne, a przyjaciół z Drezdenka pytał w listach i rozmowach telefonicznych o sytuację w kraju i znaczące wydarzenia w naszym mieście. Interesował się także literaturą piękną, zwłaszcza twórczością poetów i pisarzy, którzy związani byli z Wilnem, Nowogródkiem i w ogóle Kresami. Odwiedzał często swoją jedyną i ukochaną wnuczkę Sonię (córka Kasi), która studiowała na Uniwersytecie w Berlinie, na Wydziale Sztuk Pięknych. Dopóki zdrowie pozwalało, dużo podróżował. Z żoną, wierną i troskliwą towarzyszką życia, zwiedził wiele krajów europejskich i wiele pozaeuropejskich Ale nie doczekał dnia, kiedy Sonia odbierała dyplom ukończenia wyższej uczelni. Dziś Sonia jest zamężna, mieszka we własnym mieszkaniu w Berlinie i pracuje jako grafik na rzecz firm reklamujących muzea i teatry. Jej mąż, także grafik, pracuje na rzecz galerii handlowych.
Ostatnia droga. Ostatnie lata były dla Jerzego Kasprzaka bardzo trudne. Cierpiał na chorobę Parkinsona, ale żona pieczołowicie się nim opiekowała, do ostatnich chwil jego życia. Do szpitala trafił z powodu zapalenia płuc, ale bezpośrednią przyczyna jego śmierci był zawał serca. Pochowano go we Frankfurcie n/Menem, na cmentarzu w dzielnicy Bergen- Enkheim. W pogrzebie uczestniczyła najbliższa rodzina, sąsiedzi i znajomi, a z Drezdenka Jerzy i Bożena Skrzypczyńscy oraz Witold Górecki. Ceremonię pogrzebową prowadził ksiądz z Polskiej Misji Katolickiej.
Zamiast happy endu. W zakończeniu powinno być o tym, że oprawcy z aresztu śledczego z Gostynia i przynajmniej oficerowie „specjalni” z więzienia we Wronkach zostali ukarani, a na Jerzego Kasprzaka spłynęły zaszczyty, gratulacje i luksusy. Ale tak się nie stało. Oprawcy, którzy dożyli późnej starości, mieli się dobrze, żeby nie powiedzieć, bardzo dobrze. Sądy dla tych, którzy trafili przed oblicze sprawiedliwości, były bardzo łaskawe. Kasprzakowi nie było dane cieszyć się pełną wolnością, uczestniczyć w uroczystościach państwowych, odbierać ordery i odznaczenia, spotykać się z młodzieżą i studentami, być bohaterem wywiadów i reportaży. Nie danym mu było także przemawiać na oficjalnych uroczystościach państwowych i występować w telewizji. Odszedł z tego świata w ciszy
i spokoju. Ale tak odchodzą prawdziwi bohaterowie.
Zdzisław Szproch
[1] Działalność w organizacji A.K. „ Zawisza”, areszt śledczy i wyrok zostały opracowane na podstawie publikacji Waldemara Handkego: „ Polegaj jak na Zawiszy… dzieje organizacji A.K. „Zawisza” w Krobi w latach 1947 – 1950”.
[2] Inni więźniowe, którzy przebywali w Jaworznie pisali w swoich wspomnieniach, ze w celi były jeszcze dwa drewniane stoły z ławami i dwie stojące szafki. Być może chodziło o późniejszy okres pobytu w więzieniu.