Jerzy Krawczyk

Jerzy Krawczyk odbiera złoty medal mistrzostw świata weteranów

Jerzy Krawczyk przyszedł na świat 22 kwietnia 1921 r. w Poznaniu. Wraz z rodzicami i dwoma braćmi mieszkał w sześciopokojowym domu. Ojciec - Andrzej prowadził zakład tokarski na Wildzie

Dzieciństwo i okres międzywojenny. Jerzy Krawczyk przyszedł na świat 22 kwietnia 1921 r. w Poznaniu. Wraz z rodzicami i dwoma braćmi mieszkał w sześciopokojowym domu. Ojciec –  Andrzej prowadził zakład tokarski na Wildzie, produkujący części rowerowe i chciał, aby syn kontynuował rodzinna tradycje. Matka zaś zajmowała się domem i wychowywaniem synów. W 1928 r. ojciec posłał go do prywatnej szkoły. W szkole, do której chodził dostarczono kiedyś ankietę do wypełnienia. Jedno z pytań dotyczyło miejsca urodzenia, na które odpowiedział, że w „łóżku”, czym wywołał niezłą awanturę. W klasie pojawił się dyrektor i wychowawca, położyli delikwenta na ławkę i przy pomocy trzcinki udowodnili, że tak pisać nie należy.  Ale J. Krawczyk pokazał swoją postawą odwagę , która  tak potrzebna mu była w dalszym  dorosłym  życiu. Już w szkole podstawowej przejawiał duże uzdolnienia sportowe i próbował sił w różnych dyscyplinach; najpierw była to gimnastyka w „Sokole”, nieco później lekkoatletyka w „Warcie”. Już w 1933 r., na Mistrzostwach Okręgu w LA w Poznaniu (kategoria młodzików) stanął dwukrotnie na najwyższym stopniu podium. W pchnięciu kulą uzyskał 13,36 m, a w rzucie dyskiem 35, 26 m (nie znamy wagi kuli ani dysku,  jakimi wtedy się posługiwano). Od lat najmłodszych lubił oglądać filmy, dlatego ojciec zabierał go na niedzielne seanse filmowe do kin „Słońce” lub „Apollo”. Gdy uzyskał samodzielność, po 14 roku życia, na seansie filmowe wyprawiał się w towarzystwie kolegów lub grupy znajomych. Po szkole  podstawowej uczył się w Technikum Administracyjno – Handlowym i dalej poszukiwał najbardziej właściwej, dla swoich predyspozycji psychofizycznych, konkurencji sportowej. Próbował sił w: boksie, zapasach, tenisie stołowym, a nawet  w tańcu.  Był niewysoki, mocno zbudowany, o szerokich, silnych ramionach i dlatego  najbardziej odpowiadały mu sporty siłowe. Zachęcony przez znanego wówczas miotacza Józefa Tilgnera pchał kulą i rzucał  dyskiem, które to dyscypliny w przyszłości przyniosły mu wiele medali i zaszczytów. Z rekordzistą Polski w pchnięciu  kulą Zygmuntem Heliaszem, założył się, że pobije jego rekord okręgu w rzucie młotem (29 m) i jego rekord, w krótkim czasie, rzeczywiście pobił. Po zajęciach w technikum albo trenował którąś z dyscyplin sportowych, albo pracował u ojca w warsztacie, jako tokarz. Zarobione pieniądze przeznaczał głównie na zakup książek, kino lub  teatr. 

W okresie międzywojennym uczestniczył w trzech obozach przysposobienia wojskowego. Były to obozy w: Rozewiu, Wągrowcu i Sierakowie. Trenował wytrwale, nie oszczędzając się ani na obozach, ani w klubie i systematycznie  poprawiał  swoje dotychczasowe wyniki.  Na Mistrzostwach Polski w Łodzi 26 sierpnia 1938 r. w rzucie młotem  (5 kg) zajął drugie miejsce z wynikiem 42, 50,  a w pchnięciu kulą (5 kg) był trzeci z wynikiem 14,09 m. W kuli przegrał tylko z Romaniszynem (Lwów) i z Polko (Wrocław).Dobrze  zapowiadającą się karierę sportową i w miarę spokojne życie w Poznaniu przerwała wojna.

Działalność konspiracyjna w fabryce samolotów w Mielcu. W końcu lutego 1940 r. rodzinę Krawczyków wysiedlono najpierw do obozu przejściowego na wschód Poznania, a stąd 5 marca do Mielca. Tu przez pewien czas mieszkała w sali gimnastycznej miejscowego gimnazjum. Ale ojciec, przedsiębiorczy i zaradny, szybko wyszukał skromne mieszkanie (pokój, kuchnia), szybko też znalazł pracę w zakładach samolotowych. Syn poszedł w jego ślady i jako przyuczony tokarz też zatrudnił się w tym zakładzie; najpierw pracował  na frezarce, a później na szlifierce, by w roku 1942 awansować na brygadzistę w oddziale narzędziowym.  Tu pracowała także jego przyszła żona – Jadwiga Stankiewicz, rodem z Winnik na Ukrainie. Gdy wybuchła wojna, była uczennicą II klasy gimnazjum we Lwowie. W 1941 r. przyjechała do ciotki Brąglewicz w Mielcu. Ciotka załatwiła jej pracę w fabryce samolotów (Flugzeugwerk „E. „Heinkel”) na oddziale mechanicznym. Po jakimś czasie J. Stankiewicz przeszła do działu kontroli technicznej i tu pracowała do końca, tj. do czasu opuszczenia zakładu przez Niemców. W zakładzie pracowało około 2000 osób, ale wszystkie funkcje kierownicze sprawowali Niemcy. Od 1 czerwca 1942 r. do lipca 1943 r. J. Krawczyk chodził do Publicznej Szkoły Zawodowej dla Uczniów Rzemieślniczych w Mielcu. Zajęcia odbywały się późnym popołudniem, a zimą wieczorem, trzy razy w tygodniu, po cztery godziny. Tygodniowy wymiar godzin to: 2 godz. algebry, 2 godz. geometrii, 2 fizyki, 2 godz. rysunków technicznych, 2 jęz. niemieckiego i po jednej godzinie chemii i korespondencji. Organizatorem szkoły był prof. Andrzej Wilkoński, a wykładali: Alojzy Zajączkowski (po wojnie prof. Politechniki Poznańskiej), Kapuściński, Zofia Bendleniczowa, Irena Filaczyńska i Władysław Nurko. Choć nie uczono jęz. polskiego ani historii, to jednak nauczyciele, a zwłaszcza prof. Wilkoński, zdołali w uczniach obudzić uczucia patriotyczne, przekonując, że nie tylko należy myśleć o przetrwaniu, ale także o przyszłej Polsce i sugerowali wstąpienie do tajnej organizacji.  Z racji uczęszczania do szkoły uczniowie mieli w pracy 4 godziny zniżki ( pracowali na dwie zmiany,  po12 godz. każda). Mieli także przepustkę i mogli swobodnie przemieszczać się po mieście, po godzinie policyjnej. 29 marca 1943 r. grupa partyzancka „Jędrusie” rozbiła więzienie. Po wyjściu ze szkoły uczniowie zostali ostrzelani. Jeden z  uczniów, ranny rykoszetem w głowę, zmarł na oczach kolegów. Po rocznej działalności hitlerowcy szkołę zamknęli.

W końcu października 1943 r. J. Krawczyk został zaprzysiężony w tajnej organizacji NOW ( Narodowa Organizacja Wojskowa). Jego dowódcami kolejno byli: Andrzej Zdanowicz ps. „Borowik”, Władysław Nurko ps.” Juhas” i inżynier Antoni Łopuszański ps.  „Flisak”, ojciec Jana Edwarda Łopuszańskiego, znanego polityka, , który startował w wyborach na prezydenta w  2000 roku. Ten ostatni był wyjątkowo uzdolnionym konspiratorem. Niepozorny, nie rzucający się w oczy, ale bystry obserwator i bardzo dociekliwy w kontaktach z ludźmi. Do zadań członków organizacji należało:

– ustalanie wielkości produkcji,

– ustalanie ilości i rodzaju napraw samolotów „Junkers” i „Heinkel”,

– informowanie o zmianach konstrukcyjnych i produkcyjnych,

– określanie stanu zabezpieczenia fabryki,

– określanie ilości i rodzajów uzbrojenia

– określenie sposobu zabezpieczenia broni.

– informowanie o szczegółach pracy na lotnisku.

Informacje, w głównej mierze ustne, spływały od: Józefa Kurczewskiego, Stanisława i Kazimiery Budów, Eugeniusza Markowskiego, Zbigniewa Krawczyka (brata), Stanisława Stankiewicza, Zbigniewa Relewicza, Janusza Jaskóły, Andrzeja Stankiewicza, Ireny Kurczewskiej, Jadwigi Stankiewicz (późniejszej żony J. Krawczyka), Aleksandry Przygodzkiej, Anny Brąglewicz i Krystyny Wadowskiej. Dokumenty pisane ( szkice, rysunki , notatki ), a także drukowane, które udało  się  niekiedy wydobyć, wynosiły poza teren zakładu odważniejsze kobiety, gdyż kobiety sprawdzano na wartowni, jako budzące większe zaufanie, z mniejszą dokładnością.

Sieć konspiracyjna wykraczała daleko poza teren zakładów samolotowych. Istotne informacje z poczty przekazywał p. Korpanty. Z Soldatenheimu ważne wiadomości przekazywała kelnerka, której nazwiska J. Krawczyk już nie pamiętał. W obozie wojskowym k. Mielca wtyczką był fryzjer. Na poligonie wojskowym  Truppenubungsplatz Sud, zlokalizowanym w lasach kolbuszowskich, człowiekiem konspiracji był niejaki  p. Lis. W miejscowości Blizna k. Pustkowia Niemcy mieli doświadczalną wyrzutnię rakiet V-1 i V-2. Informacje stamtąd przekazywał wysiedlony z Poznania,  a koncertujący  niekiedy dla żołnierzy, śpiewak operowy Jan Gruszczyński.

Szczególnie niebezpieczną czynnością była akcja sabotażowa na terenie zakładu. I tak np. kontrola techniczna przepuszczała wiele nie  mieszczących się w normie części, które jako dobre szły do dalszego montażu. Znaczną rolę w tej akcji odegrała, ryzykując życiem, z czego w pełni zdała sobie sprawę dopiero wile lat później i czemu dała wyraz w wypowiedzi dla  „Teleskopu Lubuskiego”, 16 lutego 2001 roku, Jadwiga Krawczyk ( vel Stankiewicz). Dzień wcześniej bowiem Jadwiga Krawczyk z Grotowa, gm. Drezdenko, na uroczystości w Domu Kultury w Drezdenku, decyzją prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Aleksandra Kwaśniewskiego otrzymała stopień podporucznika. Trzy tygodnie wcześniej jej mąż – Jerzy, w czasie uroczystości zorganizowanej przez Krajową Komendę Uzupełniń w Gorzowie Wlkp.  również trzymał stopień podporucznika.

Dwa dni przed wigilią Bożego Narodzenia w 1943 r. nastąpiła pierwsza wpadka. Stanisław Hanyżewski i Feliks Nieśkiewicz zostali aresztowani. Jerzy znał dobrze obydwóch, a z ostatnim miał bezpośredni kontakt. Z obawy przed załamaniem się w śledztwie aresztowanych i ewentualnym ujawnieniem jego nazwiska opuścił dwa dni w pracy i do fabryki przyszedł dopiero po świętach. Ale żył w olbrzymim napięciu, oczekując najgorszego.

Jak doszło do wpadki. Na terenie fabryki był magazyn broni zdemontowanej z uszkodzonych na froncie samolotów. Magazynierem był Polak, o homonimicznie brzmiącym nazwisku Polak. Był on postacią tragiczną. Podobno pracował w Ursusie k. Warszawy, odważnie tam sobie poczynając. Aresztowany przez gestapo, za cenę życia, przystał na współpracę. Przerzucili go do Mielca i ulokowali w magazynie broni, stanowiącym doskonale pole do obserwacji. Nikomu jakoś nie podpadło, że tej funkcji, bądź co bądź, „delikatnej” nie powierzono zaufanemu Niemcowi. Aby mieć rozeznanie w magazynie Stanisław Hanyżewski postanowił wciągnąć go do konspiracji. Kiedy zaprzyjaźnili się dostatecznie blisko wyłożył mu karty na stół. Polak przystał na współpracę. Hanyżewski zamiast samemu odebrać przysięgę, dla nadania sprawie większej powagi, poprosił Nieśkiewicza, by jako dowódca formalności tej dokonał. Nieśkiewicz przekonany, ze Polak został przez Hanyżewskiego wnikliwie rozpracowany przysięgę odebrał. Skończyło się tragedią. Obaj zostali w fabryce aresztowani i obaj też „za czynny udział w organizacji wywrotowej” znaleźli się w marcu na liście rozstrzelanych. Istnieje domniemanie, że Polak potraktował Hryniewieckiego jako prowokatora gestapo i dla uwiarygodnienia konfidenckiej działalności ujawnił całą sprawę. Ale konfident gestapo swojego życia nie uratował. Został zastrzelony we własnym mieszkaniu.

30 marca 1944 r. nastąpiła kolejna, tym razem, wielka wpadka. Józef i Bogdan Kurczewscy, bracia Ciemnoczołowscy, Andrzej Guziński i Janusz Adrianowicz zostali aresztowani. Jerzy Krawczyk, po rozmowie z przyjacielem Staszkiem Budą, postanowił „prysnąć” z fabryki. Bocznymi drogami dotarł do domu i wbijał do głowy bratu Zbyszkowi, aby w czasie aresztowania i śledztwa zachował się po bohatersku  i milczał jak grób, gdyż tylko w ten sposób może uratować siebie, brata i przyjaciół. Dopiero po zakończeniu wojny dowiedział się od Staszka Budy, co działo się w fabryce, po jego ucieczce. Za około półtorej godziny przyjechało gestapo, szukali J. Krawczyka po wszystkich oddziałach, ale on był już ukryty w niemieckim hotelu, w pokoju Józefa Hammera, volksdeitcha i jednocześnie swojego współpracownika z II oddziału mechanicznego. J. Krawczyk przypuszcza, iż Hammer tym czynem chciał zdobyć alibi, na wypadek kłopotów po wojnie. Noc z 30 na 31 marca spędził w niemieckim hotelu, a po jego opuszczeniu udał się do Krakowa. W  pociągu spotkał znajomego Janka Lasotę, który także uciekał z Mielca i zamierzał się ukryć w okolicach Tarnowa. Przez 14 dni ukrywał go sekretarz gminy z miejscowości Koniuszy k. Proszowic. Wielkanoc spędził u znajomych w Borzęcinie, a na dłużej zatrzymał się w Miechowie. Znajoma rodzina ukryła go w pokoiku (2,5x2m) na pierwszym piętrze oficyny, usytuowanej tuż przy rynku.  Później był Rozwadów, Warszawa, gdzie bezskutecznie próbował nawiązać kontakt z organizacją AK, znów Miechów i Wolbrom. Tu załatwiono mu pracę sekretarza na targowisku. Po dwóch tygodniach odwiedził Miechów i od Staszka Budy dowiedział się o aresztowaniu swojego brata Zbyszka. W nocy 16 maja przyszli i po naszego bohatera. Szukali wszędzie u sąsiadów, w piwnicach, na klatkach schodowych; brata zabrali, ale ich matkę zostawili. Wrócił do Wolbromia, poinformował zaufanego pracownika, prowadzącego meldunki, że gestapo depcze mu po piętach i musi szukać bezpieczniejszego schronienia. Sytuacja dojrzewała więc do tego, aby wstąpić do partyzantki i ukryć się w lesie. Póki co ukrywał się w Miechowie u kolegi Staszka Pietrzaka, a później u Czesława Wieczorka, który także szukał kontaktu z jakimś oddziałem partyzanckim, gdyż obecność J. Krawczyka w jego domu stwarzała olbrzymie zagrożenie dla całej jego rodziny. Po jakimś czasie udało się Cześkowi nawiązać kontakt z Alojzym Sikorskim adiutantem dowódcy oddziału, noszącym dwa pseudonimy „Zbigniew” i „Jarema”. Adiutant po wysłuchaniu prośby i przeanalizowaniu biografii poinformował J. Krawczyka, ze musi dojechać do Zagdańska, a dalej pieszo dojść do Klonowa, w Górach Świętokrzyskich, gdzie kwateruje oddział partyzantów. J. Krawczyk dotarł do Klonowa 9 czerwca 1944 r. i rozpoczął nowy , brzemienny w skutkach, rozdział swojego życia, w Narodowych Silach Zbrojnych na Kielecczyźnie, które, na dobrą sprawę, były dopiero w stadium organizacji. Składały się one z trzech kompanii, a jej dowódcami byli: por „Bem”, porucznik „Żbik” i podchorąży „Łoś”. J. Krawczyk został przydzielony do  3 drużyny, wchodzącej w skład kompanii por. „Bema” i przybrał pseudonim „Juliusz”.  Stany kompanii nie były pełne. Liczyły przeciętnie około 60 ludzi, co dawało w  sumie około 180 ludzi. W kompanii por. „Żbika był Anglik – Hary, angielski oficer, strącony nad Rzeszą, uciekł z niewoli i schronił się w oddziale partyzanckim.. Dowódcą formułującej się brygady był wilnianin – pułkownik Antoni Dąbrowski – Szacki „Bohun”. J. Krawczyk nie znał założeń politycznych NSZ i nie wiedział o jaką Polskę przyjdzie mu walczyć. Nie wiedział, że formacja ta programowo zwalczała agentów sowieckich, którzy przenikali do ugrupowań partyzanckich AL. i BCh, pełniąc w nich dość często dowódcze funkcje.

„Dziennik” J. Krawczyka i jego historyczna wymowa[1]

Jako skrupulatny poznaniak zapisywał ważniejsze wydarzenia niemal z każdego dnia. Tak powstał „Dziennik” obejmujący czasowo okres od 9 czerwca 1944 r. do 7 października tegoż roku, czyli 120 dni. Jedna z jego kopii znajduje się w mojej domowej biblioteczce , wraz z upoważnieniem do ewentualnej publikacji. Sięgam do niej w chwilach tęsknoty za moim dzieciństwem, stronami rodzinnymi i północno – zachodnią Kielecczyzną. Kiedy pułkownik „Bohun” dowiedział się o tym, że J. Krawczyk pisze „Dziennik” wezwał go do raportu, aby ustalić zakres jego winy. A działo się to w Ostrowie, pow. Włoszczowa, w niedzielę 13 sierpnia 1944 r. Dowódca zapytał o pochodzenie, wykształcenie, przeczytał uważnie dotychczasowe notatki i na usilną prośbę J. Krawczyka zaakceptował przeczytany tekst i pozwolił pisać dalej, zastrzegając wszakże, aby ograniczył się on do opisywania własnych przeżyć, działań i spostrzeżeń. J. Krawczyk starał się,  w dalszym przedstawianiu zdarzeń, realizować polecenie dowódcy, bo trudno nazwać to rozkazem. Ale wbrew pozorom nie było to takie łatwe, bo pisząc o sobie, przekazywał jednocześnie informacje o drużynie, plutonie czy kompanii i wychodził znacznie poza ogólne ramy nakreślone przez dowódcę. „Dziennik” opisuje bitwy i potyczki, w których uczestniczył do 7 października, tj. do dnia, w którym postanowił zmienić walkę partyzancką na działalność konspiracyjną w Akcji Specjalnej, obejmującej swym zasięgiem Miechów i teren całego powiatu. „Dziennik” stanowi także bogate źródło informacji o życiu codziennym partyzantów, charakteryzujące się głodem, ustawicznym zmęczeniem, niewyspaniem i ciągłą wędrówką z miejsca na miejsce, po to, aby nie natknąć się na przeważające siły wroga. A to życie codzienne, niezależnie od wyznawanej ideologii i formacji, w której służyli partyzanci, było bardzo podobne do siebie.

Oto wybrane fragmenty „Dziennika”, które ilustrują życie partyzantów od „kuchni”.

9 czerwca 1944 – Zagnańsk, Klonów
(…) W nocy idę z drużyną na placówkę. Mam służbę wartowniczą. Jestem dużo pewniejszy. Nawet w najgorszym wypadku, inaczej wygląda śmierć z bronią w ręku. Czuję się wolnym. Jakie to dziwne. Kilka kilometrów stąd, koło dworca w Zagnańsku, widziałem oddział żołnierzy niemieckich, a tu oddział polski (…).

15 czerwca, Kowalkowice. „Nemo”( strzelec wyborowy) opowiada o swojej pracy konspiracyjnej na Woli, w Warszawie. Wydaje mi się,  że ma około 55 lat. Żona jego pracuje obecnie w Starachowicach. Wspominał, że gdyby nadarzyła się okazja, to chętnie przeszedłby do oddziału AK. Marzy o grupie „Barabasza”[2], która kręci się gdzieś w okolicy. Chodzi mi po głowie, by w razie czego pójść razem z nim (…).

17 czerwca, Kowalkowice. Natrętne myśli o Zbyszku. Co się  z nim dzieje ( młodszy brat został aresztowany za działalność konspiracyjną w fabryce w Mielcu)? Czy wytrzyma przesłuchanie? Jeśli nie, to zginie. Gestapo jest bezwzględne i wykończy go, mimo że nie ma jeszcze ukończonych 18 lat. Czy go jeszcze trzymają? Boże, oby się nie załamał. O godz. 23.30 alarm. Fałszywy.

18 czerwca, Mirogonowice. Dziś niedziela. Idziemy do Mirogonowic. O godz. 10.00 msza. Oddziały ustawione w czworoboku. Pierwszy raz w czasie wojny słyszę „Boże coś Polskę”. Ściska w gardle. Wszak tu kawałek wolnej Polski. Po powrocie stwierdziłem, ze ukradziono mi: 1 parę nowych butów, 2 koszule i sweter. Powstała nowa kompania pod dowództwem por. „Boppa”. Jestem rozżalony kradzieżą, więc podejmuje decyzję o przejściu do nowej kompanii.
  
22 czerwca, Wronów. Chodzić nie mogę, tak bolą mnie nogi w rozkroku. Fatalnie się czuję. Mam gorączkę. Zażywam aspirynę i piję 3 szklanki rosołu. Mimo złego samopoczucia idę do Wronowa, zameldować się por. „Nowinie” z prośbą o przyjęcie mnie do swej kompanii. Spotkałem tam dwóch znajomych kolegów, a poza tym jest tam większy porządek. Jutro otrzymam odpowiedź.

24 czerwca, Nosów. Część kompanii „Boppa” przywiozła z Baszowic 7 zielonych mundurów.

27 czerwca, Kowalkowice. Pobudka 4.30 rano. Stwierdziłem, że mam wszy odzieżowe. Urządzam pierwsze na nie polowanie. Podczas tej operacji zerwała się pode mną imitacja łóżka. Przenosimy się do Mirogonowic. Imieniny por. „Żbika”. Jego kompania się bawi, a reszta czuwa.

3 lipca, Drogowie. (…) Odwiedzają nas Polacy z armii Berlinga. Witamy ich serdecznie, lecz z pewną, ukrywaną z resztą, rezerwą. Kim są? Czy są to szczerze o Polskę walczący Polacy, czy tylko narzędzia w rękach bolszewików? Mają polskie mundury, rogatywki polówki z orłem piastowskim (bez korony). Uzbrojeni są w broń maszynową najnowszej produkcji, z 1944 roku. Ich pistolety cechuje niezwykła prostota wykonania. Cały pistolet, z wyjątkiem lufy i zamka, wykonany z blachy. W porównaniu z niemieckimi „Bergmanami” straszny prymityw, ale w warunkach najgorszych (deszcz, piasek) niezawodne. Berlingowcy mają po dwa granaty obronne, a na ręku busolę. Przy wódce śpiewamy razem „Jeszcze Polska nie zginęła” i „Rotę”. Dowiadujemy się, że też maja kontakt z „Barabaszem”.

5 lipca, Drogowie. Otrzymuję po raz pierwszy żołd za dwie dekady, 120 zł. Przeprowadzam musztrę kompanii. Widocznie „podobała się” chłopakom, bo  w dowód uznania, chcieli mi  dać w nocy kocówę.

11 lipca, Szydłów. Zostaję dowódcą ckm. Mam 3 ludzi. Są to „Kot”, „Śmiały” i „Niedźwiedź”.

12 lipca, Brzeziny. Podchorąży „Wampir” wywołał awanturę. Groził bronią. Wyrzucili go z oddziału.
Dostałem jego „MP 38”.

24 lipca, Przyręba. O godz. 15.00 opuszczamy Młodzawy Duże. Obiad był przypalony tak mocno, że nic nie jadłem. Jestem głodny i zły. Idziemy do Przyręby. Ostre pogotowie. Duży ruch we wsi. Wiadomość o zamachu na Hitlera i ewentualność kapitulacji Niemiec (…).

2 sierpnia, Zakrzów. Wrócił „ Żbik” z akcji. Ma dwóch zabitych  i 6 rannych. O 18.00 jadę do Zakrzowa po słoninę. We wsi zbieramy chleb i jajka.

11 sierpnia, Ostrów. Formalne utworzenie 202 pułku, który połączony z utworzonym wcześniej 204 stanowią od dziś Brygadę Świętokrzyską.

27 sierpnia, po bitwie z Niemcami w Kaniowie (…). Fakt, że tu w oddziale na każdym kroku czai się niebezpieczeństwo skłania do przemyśleń. Jeśli mam do wyboru dać się złapać przez gestapo i być przez  nie zakatowany czy też zginąć z bronią w ręku, to wolę to drugie. Oby tylko nie zostać trafionym w brzuch. Długo się trzeba męczyć zanim się skona. Może szczęście dopisze i jakoś przeżyję, i wolnej Polski doczekam. Dlatego zostaję w lesie.

31 sierpnia, Zagnańsk. Jestem potwornie zmęczony. Na wykładzie co chwila zasypiam. Łeb leci w dół. Wielka trudność w utrzymaniu otwartych oczu. W południe „bawię się” w woźnicę. O tyle dobrze mi poszło, ze koń wierzgnął tylnymi nogami, ale na szczęście nie trafił. Wieczorem wymarsz. Idziemy całą noc. Zerwał się wiatr, zaczęło lekko padać. Przechodzimy przez Bobrzę (rzeczka).

4 września, w drodze do Lasocina. Znów idziemy całą noc. Noc zimna. Mam tylko koszulę i bluzę. Coraz silniej odczuwam brak płaszcza. Idę w szpicy. Okazja by do syta napić się mleka. Żołądek mi się buntuje.

8 września, Rząbiec. Zrobiliśmy około 30 km. Bolą mnie stopy. Nie mam dobrych onuc, a dziurawe skarpetki obdzierają mi palce nóg. W marszu jem tylko suchy chleb. Nie piję mleka ani wody. Chyba dlatego stan mojego żołądka się poprawił (…) Jest walka. U nas cisza. Nikt nie podszedł. Dużo jeńców. Ruscy. Są też Polacy. Wieczorem gwałtowna strzelanina. Alarm i wymarsz z kwater. Postój w lesie do północy. Marsz w ciemnościach i deszczu. Przykryłem się kocem, ale deszcz pada tak mocno, że koc całkowicie przemaka. W butach mokro i błocko. Przeszliśmy znów kilkanaście kilometrów.

10 września, Dzierzgów. Wstaję o ósmej rano. Spałem w butach. Wprawdzie to omal powszechne postępowanie na  wypadek alarmu, ale wczoraj zrobiłem to po to, aby buty się rozeszły. Po wczorajszym marszu mokre buty postawiłem koło gorącego pieca i zeschły się na kamień. I co miałem robić. Wbiłem je sztywna i twarde  na nogi  i powoli doprowadziłem do stanu normalności. Dlatego w nich położyłem się spać. Przed południem w większej grupie poszliśmy do kościoła w Dzierzgowie.

11 września, Raszków. Rano doszliśmy szczęśliwie do Raszkowa. Spodziewaliśmy się zasadzki „Garbatego”.[3] Spałem w stodole, na sianie. Znów trząsłem się z zimna.  Teraz dopiero zaczynam rozumieć wartość płaszcza czy swetra. Przed południem 2 razy alarm. Nasi walczą z Niemcami. Nie wiem, która kompania. Oglądałem jak nasi konwojowali kilku wziętych do niewoli Niemców.

14 września, Raszków. Dostałem dziś 2 godziny stójki pod karabinem, za przyjście na zbiórkę w nie wyczyszczonych butach. Wieczorem dostałem też coś przyjemniejszego, mianowicie: kalesony (zbyt obszerne jak na moją figurę), sweter i ręcznik. Mało, ale się cieszę. Ale jest i druga strona tego medalu. Będę miał więcej odzieży do przeszukiwania i wyłapywania wszy.

17 września, Raszków. Jestem jednym z czterech partyzantów, w moim plutonie, którzy stracili kontakt z rodziną. Aby zadośćuczynić naszej tęsknocie za najbliższymi dowództwo przydzieliło nam 17 września „matki chrzestne”[4], które miały nas wspierać duchowo i materialnie. Moją „matką chrzestną” została młoda mężatka, nieco starsza ode mnie – Ala z Raszkowa. Ma kilkuletnia córkę i męża noszącego binokle. Na pierwszym spotkaniu wymieniliśmy zdjęcia i przetańczyliśmy przy patefonie kilka tańców. Ale dziwnie obojętnie przeżywałem to zdarzenie, gdyż myśli o mojej rodzinie i Jadzi były silniejsze od uśmiechu losu.

21 września, Wiśnicz, koło Lasochowa. (…) Dziwne, że nie czuję wielkiego zmęczenia, chociaż już drugą noc nie spałem. Jedynie powieki mocno pieką. Ludność nas wita , ale wyczuwa się w ich oczach strach. Boją się konsekwencji po naszej walce z Niemcami. Czy Niemcy będą palić domostwa? Czy będą rozstrzeliwać? Dopóki my tu jesteśmy nic im nie grozi. Ale jak stąd pójdziemy, co ich czeka(…)?

23 września, Wiśnicz. W nocy czuję jak defilują po mnie wszy. Na białej nocnej koszuli, którą otrzymałem od „matki chrzestnej” doskonale widać każdy ich ruch. Połowy nie sprawiają mi już większych trudności, Żałuje tylko straconego czasu (…) Jestem dziś rozbity psychicznie. Przez moment myślałem, by zacząć pić. Ale zrodziła się refleksja, że na dłuższą metę zapijanie się przyniesie same kłopoty, a poza tym jeśli przeżyję, to jak po wojnie spojrzę, z czystym sumieniem, w oczy Jadzi

25 września, Wiśnicz. Od samego rana duże zachmurzenie i pada deszcz. Smutno mi. Takich dni będzie coraz więcej. A ja nie mam dobrych butów, ani płaszcza, ani cieplej bielizny.

26 września, Wiśnicz. Dziś do oddziału przyszło 10 uzbrojonych żołnierzy niemieckich. Dowiedziałem się, że są to Austriacy. Oddział zaczyna być schronieniem nie tylko dla Polaków. Jest tu oprócz Austriaków, Anglik „Harry”, kilku Rosjan, którzy uciekli z obozów jenieckich; są też żołnierze  z armii Berlinga.

Jerzy Krawczyk 7 października 1944 r. uzyskał po złożeniu egzaminu, będącego podsumowaniem odpowiedniego cyklu szkoleniowego, stopień kaprala i otrzymał w związku z tym urlop, w ramach którego odwiedził rodzinę w Miechowie. I tu po szczerych i wnikliwych dyskusjach zdecydował się opuścić swój oddział NSZ, przebywający  w dalszym ciągu  na Kielecczyźnie  i działać, jak napisałem wcześniej, w Akcji Specjalnej, która obejmowała swym zasięgiem Miechów i teren całego powiatu.

Nowe i pracowite życie. Jerzy Krawczyk i Jadwiga Stankiewicz pobrali się 31 stycznia 1945 r. i zamieszkali u wujostwa w Poznaniu, gdyż dom rodzinny Krawczyków, na ul. Winiarskiej, jako jedyny, został w czasie nalotu bombowego zniszczony. Dom trzeba było zbudować od nowa. A to wymagało i pieniędzy, i czasu. J. Krawczyk zaczął więc intensywnie pracować, w różnych miejscach miasta, jako instruktor i propagator  kilku dyscyplin sportowych, co odpowiadało jego zainteresowaniom i predyspozycjom psychofizycznym.

Przez 7 lat był instruktorem judo w Komendzie Wojewódzkiej Milicji. W latach 1950 – 1955 był wykładowcą, w pełnym wymiarze godzin, w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Poznaniu, chociaż nie miał wtedy jeszcze matury. Uczył walk zapaśniczych i elementów samoobrony , a pracę załatwił mu jego były nauczyciel z liceum, Witalis Ludwiczak. W latach 1952 – 1957 pełnił funkcję kierownika oraz trenera  Ośrodka Atletycznego AZS Poznań. W latach 1950 – 1952 dorabiał w „Stali”, szkoląc juniorów i młodzików w LA. W omawianym okresie zajmował się także adeptami zapasów w Wojewódzkim Ośrodku Szkolenia Sportowego w swoim mieście W latach 1959 – 1961 szkolił żołnierzy w dżudo i LA w Oficerskiej  Szkole Wojsk Pancernych w Poznaniu.

 Szkoląc innych sam także podnosił swoje kwalifikacje. 12 listopada 1953 r. uzyskał w Cetniewie uprawnienia trenera II klasy w zapasach, a w rok później podwyższył kwalifikacje trenerskie do poziomu I klasy. W latach 1957 – 1961 uzyskał 6 kolejnych stopni w dżudo. Nabyta wiedza i umiejętności techniczne pozwoliły prowadzić z sukcesami, w latach 1959 – 1963, sekcję dżudo, przy AZS w Poznaniu.

Trenując innych jednocześnie usprawniał swój organizm i poprawiał wyniki zwłaszcza w dwóch ulubionych dyscyplinach sportowych, w których startował  wkrótce po wojnie. A były to rzut młotem i zapasy. W zapasach, w wadze półciężkiej, w stylu klasycznym, doszedł aż do tytułu mistrza Polski, który zdobył w Szczecinie w 1951 r., po niesamowitej walce finałowej z Ruszkiewiczem. To kwalifikowało go do udziału w Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1952 roku. Ale przeszłość partyzancka stanęła na przeszkodzie i na igrzyska nie pojechał.

 J. Krawczyk w latach 1962 – 1963 był kierownikiem Ośrodka Przygotowań Olimpijskich w Poznaniu. Była to praca szczególnie wyczerpująca i fizycznie, i psychicznie. Intensywna praca odcisnęła piętno na jego zdrowiu. Pierwsze odezwało się serce. Zażywając leki, nie zwalniał tempa. Doszło do tego, że po kilkudziesięciu krokach musiał odpoczywać, aby móc iść dalej. Lekarze zalecili zmianę trybu życia i osiedlenie się na wsi, z dala od wielkomiejskiego gwaru i nieustannych stresów, wywoływanych przez nadmiar pracy.

Na wsi w Zwierzyńcu, k. Międzychodu. J. Krawczyk w 1963 r. sprzedał swój dom na Winiarach w Poznaniu i za radą lekarzy przeniósł się na wieś. Kupił zapuszczone gospodarstwo w nie zelektryfikowanej wsi Zwierzyniec (południowy skraj Puszczy Noteckiej) gm. Międzychód. Z energią przystąpił do niezbędnych zakupów potrzebnych do życia, a następnie do gruntownej modernizacji gospodarstwa. Wkrótce jako jedyny we wsi miał: prąd, radio, telewizor i elektrycznego pastucha. Wybudował 20-metrową wieżę, a więc miał już wtedy małą elektrownię wiatrową. Ale praca w gospodarstwie nie jest łatwa. Trudy życia codziennego zaczęła odczuwać żona- Jadwiga. Pojawiły się dolegliwości sercowe i zrodziła się konieczność leczenia u specjalistów z dziedziny kardiologii. Małżonkowie zdecydowali o powrocie do Poznania, gdzie dostęp do lekarzy był ułatwiony. J. Krawczyk zdobył pracę jako kierownik Ośrodka Sportu i Rekreacji na Malcie. Kiedy zdrowie żony wyraźnie się poprawiło ponownie, po dwóch latach, wrócili na wieś, tym razem do serca Puszczy Noteckiej, czyli do Grotowa, w gm. Drezdenko.

W sercu Puszczy Noteckiej. Tu kupili gospodarstwo w 1971 r. i   zamieszkali z myślą o szczęśliwym i radosnym życiu. Kiedy, po jakimś czasie, się wyciszył i wrócił do spokojnego trybu życia, w myśl hasła „Na naukę nigdy nie jest za późno”,  przystąpił do wyrównywania zaległości w tej dziedzinie życia. Najpierw ukończył Technikum Rolnicze w Kamieniu Małym i uzyskał maturę, a w 1979 r. zdobył tytuł mgra WF na AWF w Poznaniu. Miał wtedy 58 lat. Ukończenie studiów w tym wieku, i w dodatku na tym kierunku, stanowi  ewenement w dziejach uczelni, a nawet w studiach w ogóle. Przez lata J. Krawczyk zgromadził pokaźną bibliotekę domową, w której: słowniki, encyklopedie, leksykony, albumy, mapy, wysuwały się na plan pierwszy. Lubił czytać zwłaszcza biografie sławnych ludzi i książki historyczne, dotyczące głównie II wojny światowej. Kiedyś zapytałem go: dlaczego tak mało ma książek z beletrystyki? Odpowiedział – książki z tej dziedziny można wypożyczyć w najmniejszej nawet bibliotece, dlatego nie zachodzi konieczność gromadzenia ich w domu.

Działalność charytatywna Krawczyków. W latach 1983 – 1991 Krawczykowie zajmowali się głównie działalnością charytatywną. Ich córka – Larysa mieszkająca w Szwecji, w Malmo, pracowała w instytucji zajmującej się pomocą społeczną, miała więc możliwość organizowania transportów z darami przeznaczonymi dla gm. Drezdenko. Samochody z żywnością, odzieżą, chemią, sprzętem gospodarstwa domowego najpierw docierały do Grotowa, gdzie je rozdzielano i przekazywano sołtysom z Grotowa, Lubiatowa, Rąpina i innych wiosek, a oni rozdzielali wśród najbardziej potrzebujących. Wiele osób odbierało bezpośrednio przydzielone im rzeczy. Środki zaś higieniczne i sprzęt medyczny przekazywano bezpośrednio do Szpitala Powiatowego w Drezdenku. Syn Krawczyków – Leszek – też, w tym czasie, mieszkał i pracował w Szwecji. Dzieci dbały więc o to, aby rodzicom w Grotowie żyło się w miarę dobrze.  Władze samorządowe Drezdenka zareagowały z dużym opóźnieniem na działalność charytatywną Krawczyków. Na sesji 28 czerwca 1999 r. wręczono J. Krawczykowi odznakę honorową, dyplom i nagrodę pieniężną 1250 zł ( jego emerytura wynosiła wtedy ok. 700zł). Zapomniano jednak o uhonorowaniu jego żony – Jadwigi, która była współorganizatorką całego przedsięwzięcia. Ludność Grotowa i okolicznych wiosek wykazuje do dnia dzisiejszego wdzięczność całej rodzinie Krawczyków za doznane dobro w czasach biedy i niedostatku.

Sukcesy sportowe J. Krawczyka w LA weteranów.  J. Krawczyk od 1990 r. regularnie startował z powodzeniem na krajowych, europejskich i światowych  mistrzostwach weteranów w LA. Mistrzostwa świata i Europy odbywają się na przemian co dwa lata, Polski zaś co roku dwukrotnie, latem  i halowe zimą. W każdej konkurencji LA weteranów jest dziewięć kategorii wiekowych, począwszy od 40 r. życia do 85, czyli co 5 lat następuje przejście do grupy starszych zawodników. Mistrzostwa Europy i świata mają uroczystą oprawę. Jest defilada drużyn narodowych, składa się przyrzeczenie rywalizacji w duchu fair play, zapalany jest znicz, ale nie gra się hymnów narodowych, a medale wręcza się przy dźwiękach fanfar. Sport w takim wieku jest piękny, bo na nim nie można się dorobić, gdyż zawodnicy finansują się sami, a medale nie są ze szczerego złota.

J. Krawczyk jako weteran wystartował po raz pierwszy 30 czerwca 1990 r.  na ME w Budapeszcie, ale nie odniósł tam sukcesów. Natomiast w mistrzostwach Polski 23 lutego 1991 r. w Grudziądzu wygrał 2 konkurencje, pchniecie kulą i bieg na 60 m. W kolejnych mistrzostwach Europy w Turku w Finlandii, 18 – 28 lipca 1991 r, startował  w pięcioboju rzutowym (kula, dysk, oszczep, młot i ciężarek 7 kg) i też nie zanotował znaczących wyników.. Zaczął więc intensywniej trenować i przygotowywać się staranniej do kolejnych krajowych, europejskich i światowych  zawodów. W 1995 r. W Zielonej Górze zdobył 6 tytułów mistrza kraju, w kategorii M – 70. Były to: pchniecie kulą – 9,88m; rzut dyskiem – 28,20; rzut oszczepem – 17,98m; rzut młotem – 34,28m i skok w dal – 3,30m. W mistrzostwach Europy w Malmo, w 1996 r., wygrał rzut młotem, w kategorii M – 75, z wynikiem 39,52m. W roku następnym w Durbanie wygrał także rzut młotem, w kategorii M – 75 i uzyskał wynik 36,62m. To samo uczynił w Cesenatino we Włoszech w 1998r.,ale  wynikiem znacznie lepszym od poprzedniego, bo wynoszącym 39,57m. W kolejnym, tj. w 1999 roku w Gateshead zachował tytuł najlepszego młociarze  w świecie i uzyskał wynik 36,62m.  W Brisbane w 2001 r. zdobył 3 medale, zwyciężając w młocie – 32,76, dysku – 26,38m i pięcioboju rzutowym, w którym zdobył 3478 pkt. 16 września 2001 r. na Mityngu Weteranów o Puchar Bałtyku w Sopocie J. Krawczyk pobił rekord świata w rzucie młotem, ( kategoria powyżej 80 lat) wynikiem 34,58m.

J. Krawczyk mógł startować w mistrzostwach weteranów LA głównie dzięki pomocy, jakiej udzielał mu śp. dr Roman Cholewiński, który także mieszkał w Grotowie. On to najpierw jako wice, a później jako burmistrz Drezdenka pozyskiwał sponsorów, którzy finansowali starty J. Krawczyka w zawodach weteranów. Dr. R. Cholewińskiemu zależało na tym,  aby Grotów był znany z tego, że mieszkają tu wyjątkowi  ludzie, o których mówi się i pisze nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie.

J. Krawczyk w swojej kolekcji posiada 9 medali mistrzów świata, dwa medale mistrza Europy i ponad 70 tytułów mistrza Polski weteranów, w swoich kategoriach wiekowych.

Przygotowanie weterana LA do startów wymaga: dużego wysiłku treningowego, żelaznej dyscypliny, właściwej organizacji życia rodzinnego oraz sportowego trybu życia. J. Krawczyk regularnie trenował marszobiegi, 3 – 4 razy w tygodniu ćwiczył na przydomowej rzutni: siłę, szybkość i technikę wyrzutu. Rzutnia znajdowała się nieopodal domu, od strony zachodniej, a za nią, w pewnej odległości, prywatny lasek sosnowy.

Sport uprawiany do późnej starości życie czyni pełniejszym, dostarcza niezapomnianych wrażeń, przedłuża sprawność fizyczną i psychiczną, daje poczuci spełnienia, które wyzwala optymizm. A optymiści, jak wiadomo, żyją dłużej.

Jerzy Krawczyk zmarł w 2013 r., w wieku 92 lat i spoczął na Cmentarzu Komunalnym w Drezdenku.


[1] Wielokrotnie zachęcałem J. Krawczyka do publikowania jego partyzanckich przeżyć, ale nie godził się na to, twierdząc, że  czas na obiektywną ocenę NSZ jeszcze nie nadszedł.

[2] Oddział partyzancki „Wybranieccy” Armii Krajowej, dowodzony przez Mariana Sołtysiaka „Barabasza” działał na terenie swiętokrzyskim w latach 1943 – 1945.

[3] Stanisław Olczyk „Garbaty” dowodził oddziałem partyzanckim AL. i działał w latach 1943  – 1944. w rejonie Włoszczowej. Urządzał m.in. akcje zaopatrzeniowe w polskich majątkach ziemskich, administrowanych przez członków AK i NSZ.

[4] Była to kontynuacja tradycji zrodzonej w czasie  I wojny światowej, kiedy to „matki chrzestne” wspierały duchowo i materialnie żołnierzy, którzy stracili swoich bliskich.

About Author

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *