Niezręcznie jest wypowiadać się na temat swojego byłego dyrektora i pracodawcy, gdyż rodzi to podejrzenie o stronniczość i tendencyjność. Ale nie jestem ani pierwszym, ani ostatnim, który próbuje zgłębić osobowość i popularność dra Stanisława Talarczyka. Nie jest to jednak zadanie łatwe, gdyż bez trudu można mówić o okolicznościach, jakie mu los zdarzył, ale nie sposób wniknąć w istotę człowieka, która stanowi najważniejszą tajemnicę jego życia. Świat wewnętrzny człowieka, jego kłopoty, troski, niepokoje i zmartwienia, przeżywane z powodu klęsk życiowych, pozostaną zawsze, czy tez niemal zawsze integralną jego własnością. I choć od jego śmierci minęło już 18 lat, to jednak troska o pełny obiektywizm rodzi niepokój i zażenowanie przy formułowaniu wniosków i opinii. Trudność polega jeszcze i na tym, że słowa nie mają dostatecznej precyzji i wyrazistości, aby przy ich pomocy przekazać to, co człowiek czuje i myśli.
Poznałem go w 1959 r., gdy jako instruktor nauczania historii, na powiat Strzelce Krajeńskie, hospitował ten przedmiot w Szkole Podstawowej w Gościmiu. I choć minęło od tego czasu ponad 60 lat, widzę go jak dziś, kiedy po skończonej hospitacji oczekiwał na autobus do Drezdenka. W sytuacji, gdy wszyscy zgromadzeni na przystanku rozmawiali, w małych grupkach, o sprawach niekiedy nic nie znaczących, on siedział na ławce i w głębokim skupieniu studiował jakąś książkę. Przygotowywał się, o czym dowiedziałem się później, do egzaminu magisterskiego kończącego studia z historii na Uniwersytecie Warszawskim. Kompulsywna pracowitość, która charakteryzowała go od lat najmłodszych oraz troska o bardzo wysoką średnią, wyznaczały mu drogę, na której nie było miejsca dla straconego czasu.
Później wielokrotnie spotykaliśmy się na różnych konferencjach, zebraniach, naradach, których w PRL nie brakowało. Był niezwykle aktywnym uczestnikiem owych narad i konferencji. Podziwiałem jego logiczne, precyzyjne, uporządkowane i wyważone w szczegółach publiczne wypowiedzi. A wypowiadał się na tematy aktualne, nawet najbardziej drażliwe i bolesne, nie zważając zbytnio na czujność sekretarzy partyjnych, z których przynajmniej jeden obsługiwał każde zebranie. Był głównym oponentem w stosunku do władz powiatowych, które jawnie prowadziły politykę prostrzelecką, spychając potrzeby i bolączki Drezdenka na plan dalszy. Choć w dyskusji gromił przeciwników i przekonywał wątpiących, to jednak nie zawsze zwyciężał w rzeczywistości, gdyż ostateczne decyzje zapadały na przyjęciach, w których on nie uczestniczył – był abstynentem i negatywnie oceniał marnotrawienie grosza publicznego.
Nie pił, nie palił, nie wznosił bałwochwalczych toastów, nie stawał na baczność, jak czyniło to wielu dyrektorów na głos dzwonka telefonicznego wywołanego przez któregoś z funkcjonariuszy partyjnych. Był osobowością silną, zdecydowaną, a przez to samotną, ale tylko takie odnoszą pomnikowe sukcesy. Zawsze emanował siłą wewnętrzną, utajoną, która nie manifestowała się nawet w mimice.
W marcu 1969 r. złożyłem podanie o przyjęcie mnie do pracy w Liceum Medycznym Pielęgniarstwa w Drezdenku, gdzie od 1962 r. mgr S. Talarczyk był dyrektorem. Wstępną rozmowę odbyliśmy na budowie, przy ul. Pomorskiej 1, gdzie dyrektor, jako pierwszy mieszkaniec miasta, wznosił na starych fundamentach własny dom. I tę scenkę także pamiętam do dziś. Widzę sylwetkę wysportowanego mężczyzny, w ubraniu roboczym, jak przenosi cegłę z miejsca składowania w pobliże fundamentów, przygotowując tym samym front robót dla murarza na dzień następny. Rozmawialiśmy o wielu sprawach, unikając zasadniczego dla mnie tematu. „Wielu jest wątpiących, mówił p. Talarczyk, niektórzy wypowiadają nawet złośliwe uwagi pod moim adresem. Ale nie ma innej drogi prowadzącej do szybkiej poprawy warunków mieszkaniowych, jak własna praca i indywidualne budownictwo. Myślę – mówił dalej – że nawet najwięksi oponenci pójdą w przyszłości w moje ślady”. I tak też się stało. Młodzi, którzy dziś budują piękne, nowoczesne domy powinni pamiętać o człowieku, który był w tej dziedzinie pionierem.
Kiedy się zgłosiłem po ostateczną odpowiedź, chwilę pomyślał i powiedział bardziej do siebie niż do mnie. „Trzeba się w końcu zdecydować”. Zrozumiałem, że nie byłem tym wymarzonym i wyśnionym kandydatem na polonistę, ale z braku konkurencji zostałem przyjęty. Pracowaliśmy wspólnie przez 15 lat i przez ten stosunkowo długi okres czasu mogłem dokładniej poznać osobowość i poglądy Stanisława Talarczyka. Mogłem także poznać jego dotychczasową drogę życiową – nie od razu, ale dopiero w 1976 r., kiedy Lubuskie Towarzystwo Kultury, w piątym tomie wspomnień „Mój dom nad Odrą,” upubliczniło, w opracowaniu i wyborze Zygmunta Dulczewskiego, autobiografie mieszkańców Środkowego Nadodrza, wyróżnione i nagrodzone w Konkursie na pamiętniki osadników Ziem Zachodnich i Północnych. Na konkurs zorganizowany przez Instytut Zachodni, mający swą siedzibę w Poznaniu, wpłynęło 747, spełniających stawiane wymogi, tekstów, ale jurorom najbardziej podobała się praca autorstwa Stanisława Talarczyka z Drezdenka i on to został zwycięzcą konkursu. Tekst autobiograficzny przedstawia trudną i pracowitą drogę naszego bohatera i nosi tytuł: „ Dom, który w mozolnym trudzie wznosiłem…”. Urodził się w Drawskim Młynie w 1922 r,. gdzie jego ojciec, jako posterunkowy, obsługiwał przejścia graniczne w Chełście, Drawsku i Drawskim Młynie. Pochodził więc z dobrego, stabilnego domu. Szkołę podstawową skończył w Drawsku, a małą maturę w LO w Czarnkowie. Ojciec Stanisława, też Stanisław, skierowany służbowo, w końcu sierpnia 1939r., na Wołyń, dostał się do niewoli Sowieckiej w Kowlu, a następnie został osadzony w obozie w Ostaszkowie, wraz z ponad 6 tys. Polaków. Rodzina Talarczyków wojnę przeżyła dzięki pracowitości i zaradności najstarszego syna Stanisława, który znalazł pracę w pobliskim Krzyżu, będącym wówczas miastem niemieckim. Po wojnie, wraz z kilkoma gimnazjalistami, pod kierunkiem przedwojennego nauczyciela – Lucjana Dymka – zabrał się z pasją do odbudowywania szkoły powszechnej w Drawsku. Pracował tu krótko, bo tylko pół roku. W 1946r. rodzina, aby poprawić byt materialny, przeniosła się do Zwierzyna pow. strzelecko – krajeński. 3 sierpnia Stanisław zatrudnił się jako nauczyciel kontraktowy w miejscowej zdewastowanej szkole. Przy pomocy brata i matki udało mu się przywrócić szkołę do stanu używalności. Jego osiągnięcia organizacyjne, dydaktyczne i wychowawcze spowodowały, że kier. Szkoły Powszechnej z Drezdenka, Kazimierz Kurowski, zaproponował mu pracę u siebie. 1 września 1947 r. podejmuje pracę w Drezdenku i tu w miejscowym LO, w czerwcu 1948r, systemem wieczorowym, kończy z wyróżnieniem tzw. dużą maturę, a po 2 miesiącach także kurs pedagogiczny w Wągrowcu i staje się w pełni wykwalifikowanym nauczycielem. W tym okresie daje się poznać jako działacz związkowy i korespondent „Gazety Zielonogórskiej”. Pisze także artykuły do „Nowej Wsi”. Pełni najpierw funkcję sekretarza Zarządu Oddziału, a później zostaje sekretarzem Zarządu Powiatowego ZNP. Związany z ruchem ludowym od lat 50. pełni również funkcję prezesa Gminnego Komitetu Wykonawczego ZSL. W artykułach prasowych, piętnujących nieprawidłowości i niedociągnięcia, wykazuje się obiektywizmem, wnikliwością i nienagannym stylem. Stwarza to wiele utrudnień w życiu, gdyż wszelka krytyka władz administracyjnych i politycznych rodzi czujność z ich strony i powoduje baczną obserwację autora tekstów.
1 września 1950r. zostaje oddelegowany na rok do pracy w Zarządzie Okręgowym ZNP i Państwowej Szkole Ogólnokształcącej nr 3 w Zielonej Górze. W latach 1951 – 1952 pełni tam obowiązki wizytatora Kuratorium Okręgu Szkolnego. Był to okres stalinizmu i silnej indoktrynacji ideologicznej, ale on wychowany na wartościach chrześcijańskich: prawości, uczciwości, pracowitości, religijności stronił od postaw konformistycznych, aprobujących komunistyczną rzeczywistość. Po kilkumiesięcznym studium pedagogicznym w Łodzi i dwumiesięcznej praktyce w Ministerstwie Oświaty w Warszawie przejściowo sprawuje funkcję dyrektora LO w Skwierzynie, a następnie dyr. LO w Gorzowie Wlkp., gdzie dojeżdża codziennie z Drezdenka. Niemożność otrzymania mieszkania w Gorzowie Wlkp. powoduje zmianę pracy. 1 września 1954 r. obejmuje obowiązki kierownika Powiatowego Ośrodka Doskonalenia Kadr Oświatowych w Strzelcach Kraj. 1 października 1954r. podejmuje, trybem zaocznym, studia pierwszego, a następnie drugiego, stopnia na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego, kierunek historia. Studia kończy z wynikiem bardzo dobrym 17 lipca 1959r. W marcu 1959r. otrzymuje nominację na kierownika mającej powstać kolejnej szkoły siedmioklasowej w Drezdenku. Organizacją szkoły zajmuje się społecznie. Kierując tą szkołą, inicjuje budowę pierwszej pełnowymiarowej sali gimnastycznej w mieście, będąc niekiedy, w czasie jej trwania, jedynym pomocnikiem murarza. Aby podnieść poziom nauczania historii, organizuje dla nauczycieli tego przedmiotu, z terenu gminy, kilka lekcji pokazowych. Byłem na jednej z nich, prowadzonej z wykorzystaniem środków audiowizualnych, których w wiejskich szkołach brakowało, a które SP nr 2 już posiadała. Podziwiałem jego sprawność w posługiwaniu się owym sprzętem. Organizując od podstaw trzecią placówkę szkolną, zadbał także o sprawy socjalne – doprowadził do otwarcia stołówki szkolnej, z której korzystali: dzieci, nauczyciele i znaczna część rodziców.
Nowym wyzwaniem dla niego była propozycja władz szkolnych zorganizowania w 1962r. kolejnej placówki oświatowej – Liceum Medycznego Pielęgniarstwa. Początkowa baza lokalowa Liceum to dawny Ratusz, w centrum Drezdenka, i budynek po byłym UB, przeznaczony na internat żeński. Dyrektor zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że aby szkoła mogła sprawnie funkcjonować, musi mieć rozbudowaną bazę lokalową. I choć nie znał on maksymy sformułowanej przez J. F. Kennedyego: „Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju”, to jednak całe swoje życie realizował przesłanie wynikające z tej maksymy. Jedyną drogą poprawy bazy lokalowej Liceum były propagowane wtedy przez władze, a niemodne dziś, czyny społeczne. Aktywny udział w różnorodnych pracach brały także uczennice, gdyż w ten sposób można było zmniejszyć koszty żywotnie ważnych dla szkoły inwestycji. W odniesieniu do Liceum były to przedsięwzięcia następujące:
- Zbudował aulę o powierzchni użytkowej 150 m kw. (1967r.).
- Zbudował segment o powierzchni 157 m kw., a w nim: 2 obszerne pracownie pielęgniarskie, pokój nauczycielski, szatnie i sanitariat (1968r.).
- Zbudował podziemny magazyn opałowy o wymiarach 4×12 m.
- Trzykondygnacyjny segment o powierzchni użytkowej 151 m kw., mieszczący 3 sale o powierzchni 50 m kw. każda. Po jego północnej stronie powstała łaźnia, o powierzchni 40 m kw. ( 1971r.).
- Nadbudował piętro nad parterową świetlicą, a w nim pomieszczenia internackie dla 36 dziewcząt
- Wygospodarował z pomieszczeń internackich pracownie dla przedmiotów ogólnomedycznych i klinicznych.
Skrupulatnie nadzorował wszelkie prace rzemieślników, a w miarę możliwości pomagał im fizycznie, aby budowę zakończyć w miarę szybko.
Wielkim wysiłkiem organizacyjnym, ale także własną pracą, stworzył dla Liceum przyzwoite warunki lokalowe do nauki dla przyszłych pielęgniarek. Sukcesy w rozbudowie bazy lokalowej Liceum wpisały się w pasmo osiągnięć gospodarczych, które dwukrotnie zadecydowały o przyznaniu naszemu miastu tytułu Mistrza Gospodarności w 1968 i 1977 roku. W maju 1968r. odwiedził Drezdenko, wraz z liczną grupą gości, wicepremier Zenon Nowak, który z dużym zainteresowaniem obejrzał obiekty internackie LM, zbudowane czynem społecznym. Wyraził podziękowanie dyrektorowi i życzył dalszych sukcesów.
S. Talarczyk kierował Liceum do 1984r., tj. do czasu przejścia na emeryturę. Za jego dyrekcji wykształciliśmy 693 dyplomowane pielęgniarki, a w dziejach szkoły 1195 pielęgniarek i sześciu pielęgniarzy. Szczególną uwagę przywiązywał Stanisław Talarczyk do wysokiego poziomu nauczania i starannego, zgodnego z duchem humanizmu, wychowania uczennic. Absolwentki, idące w szeroki świat, posiadały nie tylko duży zasób umiejętności praktycznych, ale także szeroką wiedzę ogólną i otwarte spojrzenia na świat. Stąd chętnie zatrudniano je we wszystkich placówkach służby zdrowia, w których składały podania o pracę. Wiele z nich pracuje w Poznaniu, Szczecinie, Gorzowie Wlkp., Drezdenku, Barlinku, Kostrzynie n. Odrą, Żarach, Żaganiu i wszędzie zyskują uznanie i szacunek. Niektóre z nich, w wyniku różnych sytuacji życiowych, znalazły się za granicą. I tak, są: w Niemczech, Francji, Anglii, Irlandii, Norwegii, Szwajcarii, Austrii, a nawet w USA i Kanadzie. I tam także utrwalają dobre imię szkoły, którą wspominają z sentymentem i nostalgią.
Dyrektor S. Talarczyk proces wychowawczy rozciągał także na okresy wakacyjne. Niemal każdego roku w lipcu, rzadziej w sierpniu, organizowaliśmy, według ściśle opracowanego scenariusza, dwutygodniowe obozy wędrowne po kraju. Na trasę wędrówki wybierał dyrektor miejsca znaczące historycznie, piękne krajobrazowo i urzekające folklorystycznie. Większość wycieczek prowadziliśmy wspólnie z Jerzym Ciesielskim, nauczycielem matematyki. W grupie znajdowało się 35 – 40 dziewcząt. Autokar mieliśmy z PGR Dobiegniew, a w ramach rewanżu co roku, we wrześniu, musieliśmy brać udział w wykopkach. Dwie wycieczki rowerowe poprowadził sam. Jedną na Festiwal Piosenki Żołnierskiej do Kołobrzegu, a drugą do Berlina. Z tym, że I etap do Słubic dziewczęta pokonały rowerami, zaś II do Berlina pociągiem. Wycieczki rowerowe podzielone były na trzydziestokilometrowe odcinki, połączone ze zwiedzaniem miejsc biwakowania. Rowery, których mieliśmy na stanie 25, służyły także do organizowania wycieczek popołudniowych i niedzielnych.
Dyrektor dbał o zdrowie fizyczne młodzieży i wielką troską otaczał sport szkolny. W Liceum działały prężnie dwie sekcje, tj. piłki siatkowej i ręcznej. Ta ostatnia przez kilkanaście lat występowała z powodzeniem w wojewódzkiej lidze szkół średnich. LA, co prawda, nie miała osiągnięć na skalę Ziemi Lubuskiej, ale jej reprezentantki wygrywały większość konkurencji w Wojewódzkich Spartakiadach Szkół Medycznych. A przygotowania lekkoatletek do zawodów osobiście nadzorował dyrektor i udzielał porad, zwłaszcza zawodniczkom w konkurencjach technicznych.
Uczennice naszego Liceum miały różnorodne rozrywki. Były wieczorki: poetyckie, humoru i satyry, taneczne, były tzw. „połowinki” i uroczyste bale maturalne; co roku wyjeżdżaliśmy na zabawy taneczne do Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Strzelcach Krajeńskich lub do Technikum Leśnego w Goraju. Za dyrekcji S. Talarczyka byliśmy na każdej nowej sztuce teatralnej w Teatrze im. J. Osterwy w Gorzowie Wlkp. Startowaliśmy z powodzeniem w konkursach na recenzję sztuk teatralnych, organizowanych przez Urząd Wojewódzki, Wydział Kultury i Sztuki. Piszę „startowaliśmy”, gdyż ja także brałem udział w tych konkursach – kategoria ogólna. Od czasu do czasu odbywały się w internacie spotkania z ciekawymi ludźmi. Dwukrotnie np. gościła u nas poseł Barbara Szambelan (1971r. i 1975r.). Wyjeżdżaliśmy także, choć rzadko, do Teatrów Nowego lub Polskiego w Poznaniu. Dużym powodzeniem cieszyły się zbiorowe wyjścia do kina, głównie na filmy o tematyce historycznej.
Ale był dyrektor, moim zdaniem, postacią rozdartą wewnętrznie, a więc w dużej mierze nieszczęśliwą. Jako nauczyciel historii musiał, zgodnie z zaleceniami programu, wygłaszać hymny pochwalne pod adresem socjalizmu, który urzekał hasłami i początkowymi sukcesami, z drugiej zaś doskonale zdawał sobie sprawę z istoty rządów totalitarnych i ze zniewolenia człowieka w byłych krajach komunistycznych. Choć umiejętnie unikał jakiejkolwiek rozmowy na temat śmierci ojca w Związku Sowieckim, to jednak wszyscy doskonale wiedzieliśmy, ze ta sprawa leży mu głęboko na sercu i żywi w związku z tym nieprzejednaną wrogość do tych, którzy bestialsko zamordowali mu ojca. Zginął 22 kwietnia 1940r. w piwnicach NKWD w Twerze, gdzie w grupie 250 Polaków (widnieje na pozycji 82) został dostarczony z więzienia w Ostaszkowie. Prochy jego spoczywają w Miednoje, w jednej ze zbiorowych mogił, z których każda liczy 250 – 300 zamordowanych bestialsko polskich policjantów. Mordu dokonywał enkawudzista Błochin, strzałem w tył głowy.
Kierownikiem szkolenia zawodowego w Liceum w latach 1962 -1974 była mgr Barbara Piotrowska, która w 1973r. otworzyła przewód doktorski na Uniwersytecie Śląskim. Myślę, że dyrektor poczuł się w jakiejś mierze zagrożony i poszedł w jej ślady. Po czterech latach wyrzeczeń i trudu (pracował głównie nocami) powstała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu rozprawa doktorska pt. „Ewolucja liceów medycznych pielęgniarstwa w Polsce Ludowej w latach 1950 – 1975”. Egzaminy z przedmiotów uzupełniających, tj. filozofii i jęz. niemieckiego zdał na oceny bardzo dobre, a egzamin kierunkowy zdał z wynikiem zadowalającym (termin obligatoryjny), choć chciałoby się powiedzieć, że zdał bardzo dobrze. Pod względem merytorycznym mieści się ona w polu zainteresowań historii medycyny oraz historii oświaty i wychowania. Znam dość dobrze treść pracy doktorskiej S. Talarczyka. Wiele sformułowań w niej zawartych ma wymiar ponadczasowy. Twierdzenie np., iż sprawność działania placówek służby zdrowia zależy w głównej mierze od poziomu wykształcenia pielęgniarek, jest współcześnie aprobowane przez największe autorytety, w tym np. przez prof. Mariana Zembalę, ministra zdrowia w rządzie Ewy Kopacz.
Podał wiele przyczyn, które złożą się na to, że w niedalekiej przyszłości zabraknie dyplomowanych pielęgniarek. I tak też się stało. Dziś w służbie zdrowia pracuje 238 tys. pielęgniarek, a brakuje ich prawie tyle samo.
Miarą wartości każdego człowieka jest to, o co człowiek zabiega. A doktor S. Talarczyk zabiegał zawsze o wartości najwyższego rzędu:
– o sprawiedliwość,
– o poszanowanie drugiego człowieka,
– o dyscyplinę i porządek w pracy,
– o rzetelny stosunek do obowiązków uczniowskich i zawodowych,
– o zrozumienie złożoności współczesnej historii państwa polskiego.
W pracy zawodowej był niezwykle skrupulatny i wymagający. Nie było dla niego straconych godzin lekcyjnych, a każdą z nich wykorzystywał maksymalnie. Do rzetelnej pracy mobilizował także wszystkich. Twierdził, iż kontrola systematyczna efektów pracy jest niezbędna. Bez kontroli bowiem ludzie zaniedbują się, a wyniki są coraz gorsze.
W latach 80., przez dwie kadencje, pełnił funkcję przewodniczącego Rady Narodowej Miasta i Gminy Drezdenka. Zdecydowanie występował wtedy przeciw nepotyzmowi, prywacie i wykorzystywaniu funkcji radnego do celów prywatnych. Naraził się tym samym osobom „trzymającym władzę” w Drezdenku. Aby osłabić jego prestiż i autorytet w środowisku, osoby te wydumały i rozpowszechniały zarzut, że walczy z religią i Kościołem katolickim w mieście. Pracowałem razem z nim przez 15 lat i nie zauważyłem tego. Co prawda w gabinetach przedmiotowych i salach internackich nie było u nas krzyży i nie prowadzono w szkole katechezy, ale to wynikało z uchwały Sejmu z 15 lipca 1961r., w której zadeklarowano, że szkoły i inne placówki oświatowo – wychowawcze są instytucjami świeckimi. Dyrektor postępował więc zgodnie z obowiązującym wtedy prawem. Skoro całe zawodowe życie był aktywnym działaczem ZSL, które było ściśle związanym z Kościołem, S. Talarczyk nie mógł więc być antykatolicki. W Liceum wychodziliśmy bowiem z założenia, że wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka, dlatego ani dyrektor, ani nauczyciele, ani tym bardziej lekarze nie ingerowali w przekonania religijne uczennic. Zgodnie z tym stanowiskiem nikt nie zabraniał uczennicom wyjść do kościoła, jeśli nie kolidowało to z zajęciami w szkole. A kościół znajduje się w odległości zaledwie 60 m od dawnego internatu żeńskiego.
Strzelecko – Krajeńskie Towarzystwo Kultury, przemianowane w 1975r. na Nadnoteckie Towarzystwo Kultury, z siedzibą w Drezdenku, powstało w 1963r. z inicjatywy Lubuskiego Towarzystwa Kultury, decyzją Powiatowej Rady Narodowej w Strzelcach Krajeńskich (pismo CK XII 13/4/63). Swój okres świetności przeżywało w latach 1963 – 1985, a prezesem był wtedy Franciszek Graś, wiceprezesem zaś Stanisław Talarczyk. Lubuskie Towarzystwo Kultury otoczyło opieką, od samego początku, NTK, dlatego zawsze któryś z czołowych działaczy LTK uczestniczył w sesjach popularnonaukowych i sejmikach kultury, służąc radą i pomocą w podejmowaniu kluczowych decyzji. Byli to przeważnie: Janusz Koniusz, Bolesław Soliński lub Wiesław Sauter. LTK pomagało także w publikowaniu tekstów dotyczących powiatu strzelecko – krajeńskiego. I tak cały 7. numer „Zeszytów Lubuskich” z 1970r. poświęcony był Drezdenku, a 12. z 1972r. nosi tytuł „Ziemia Strzelecko – Krajeńska”. NTK ma wiele osiągnięć w upowszechnianiu szeroko pojętej kultury, ale szczegółowe omówienie tych zasług nie wchodzi w zakres niniejszego tekstu. Ograniczę się zatem do przedstawienia
jedynie węzłowych wątków. Towarzystwo zorganizowało kilka sesji popularnonaukowych i cztery sejmiki kultury, a w każdym z tych wydarzeń S. Talarczyk wygłaszał jeden z referatów. On to 1 czerwca 1965r. został przewodniczącym Sekcji Badań Regionalnych. I już w 1966r. wydał przewodnik turystyczny „Strzelce Krajeńskie, Drezdenko i okolice”.
Dzięki wysiłkom trzech działaczy, tj.: Franciszka Grasia, Stanisława Talarczyka i Witolda Zieleniewskiego 5 marca 1973r. otwarto izbę muzealną w Miejskim Domu Kultury. Funkcjonowała ona do 10 stycznia 1976r., tj. do czasu rozpoczęcia generalnego remontu MDK. Władze nakazały opróżnienie izby bez wskazania lokalu zastępczego. Działacze NTK zadbali o to, aby eksponaty muzealne nie uległy zniszczeniu. Część przeniesiono na strych Ratusza (budynek główny LM), część na strych MDK, a niektóre, wbrew woli żony, Franciszek Graś zabrał do swojego mieszkania, na ul. Pomorską. Dopiero, kiedy otwarto Muzeum Puszczy Drawskiej i Noteckiej, a stało się to w 1985r. eksponaty wróciły tam, gdzie jest ich miejsce. Dziś nasze Muzeum, tętniące życiem, jest chlubną wizytówką naszego miasta. Muzeum żyje bowiem wtedy, kiedy są w nim ludzie, którzy: oglądają, podziwiają, dyskutują i wracają do domu pełni różnorodnych wrażeń.
Pracownicy szkoły podziwiali cechy osobowe dyrektora, jego energię, trojańską etykę pracy, dyscyplinę wewnętrzną, oszczędność przejawiającą się w trosce o sprzęt szkolny, który chronił bardziej niż swój własny.
Wieloletnia, wprost benedyktyńska, praca zawodowa, naukowa, a zwłaszcza społeczna nadszarpnęły jego siły i w roku 1984 zdecydował się przejść na emeryturę. Ale i wtedy nie ograniczył się do wypoczynku. Przystąpił do pisania monografii – tu tekst Pański. Jest ona ukoronowaniem jego pracowitej drogi życiowej.
W roku 2010 Nadnoteckie Towarzystwo Kultury, którego aktywnym członkiem jest dr Andrzej Talarczyk z Uniwersytetu Szczecińskiego, podjęło decyzję o odsłonięciu tablicy pamiątkowej na Ratuszu, poświęconej dr. Stanisławowi Talarczykowi. Pomysł spotkał się z akceptacją absolwentek LM, które rozpoczęły zbiórkę pieniędzy na ten cel. Wszelkie trudności formalne i nie tylko musiał przezwyciężyć dr Andrzej Talarczyk. Przy biernej postawie władz miasta Drezdenka spotkał on poparcie i pomoc ze strony władz powiatowych i wicewojewody lubuskiego Jana Świrepy. Tablicę z mottem „Całe dorosłe życie pracowałem dla ugruntowania dobrego imienia Drezdenka i pozostałych miejscowości obszaru dolnej Noteci” odsłonięto w czasie uroczystości 6 czerwca 2014r. „Gazeta Lubuska”, piórem Agnieszki Drzewieckiej, opublikowała tekst „Tablica ku czci działacza wbrew woli miasta” (wtorek, 10 czerwca 2014), w którym próbuje wyjaśnić przyczyny braku zgodności w ocenie dr. Stanisława Talarczyka. Już sam tytuł krzywdzi dr. Stanisława Talarczyka. To nie miasto sprzeciwiało się umieszczeniu tablicy na ścianie frontowej Ratusza, a jedynie 3 osoby, którym naraził się w czasie pełnienia funkcji przewodniczącego Rady. A naraził się mówieniem prawdy na temat ich intencji, zmierzających do szybkiego bogacenia się, nie rzadko kosztem innych. One to wywarły przemożny wpływ na decyzję Rady Miasta i stanowisko burmistrza. Rada, negując zawieszenie tablicy upamiętniającej S. Talarczyka, wykazała swoją niemoc, brak rozeznana w podmiotowej sprawie i zaakceptowała triumf zła nad dobrem. Ale oponenci zdawali sobie sprawę z tego, że podejmują decyzję niezgodną z obiektywną prawdą, dlatego próbowali się usprawiedliwić przed opinią publiczną. Stanowiska Rady bronił burmistrz Maciej Pietruszak, mówiąc dziennikarce, że S. Talarczyk był postacią kontrowersyjną. Ale wszyscy ludzie, którzy wyrastają zdecydowanie ponad przeciętność i osiągają w życiu duże sukcesy, są kontrowersyjni. Nie sądzę, by Maciej Pietruszak znał kogokolwiek ze sławnych ludzi, kto nie byłby kontrowersyjny. Przewodniczący Rady Adam Kołwzan dodał, że należał on do PRON-u. Duża część osób należała do PRON bez swojej wiedzy i woli. Zapisywano tam wszystkich dyrektorów szkół, instytucji kultury i państwowych zakładów pracy. Dyrektorzy, w obawie przed utratą pracy i sprawowanych funkcji, zdecydowanie nie oponowali. Należy jednak dodać, że zgiełk na scenie politycznej w latach 80. powodował, że nawet najwięksi patrioci gubili się w swoich działaniach. Jak było z dr. S. Talarczykiem dokładnie nie wiem, ale wiem z autopsji, że PRON uważał za ruch społeczny, skazany od zarania jego powstania na klęskę.
Rozmiar i wieloaspektowość zasług tego nauczyciela – społecznika dla naszej małej ojczyzny uzmysławiają wyróżnienia i odznaczenia, jakie otrzymał w swoim życiu. Jest ich wyjątkowo dużo; mają one charakter: ogólnopolski, regionalny, powiatowy, a także gminny. Na szczególne wyróżnienie zasługują następujące: Tu nastąpi zapis 13 odznaczeń.
Dr Stanisław Talarczyk zasłużył nie tylko na tablicę pamiątkową, ale także na ulicę nazwaną jego imieniem i nazwiskiem. Mocno wierzę, że kiedyś będziemy chodzić taką ulicą.